Menu

Zabawa słowem

Moja twórczość

firletka22

 

- Pilnujcie zmian. – zawołał do pozostałych, a sam z wybranymi i boginkami przeszedł szybko w stronę schodów prowadzących na drugie piętro. Prawie biegnąc podszedł do jednego z foteli i przesunął jego zagłówek. Delikatne skrzypienie, prawie niezauważalne i podniosły się deski w podłodze. Stali nad ciemnym, małym kwadratem. Patrzyli na wąskie strome schody. Nie były puste. Patrzyli na parę przerażonych oczu. Dopiero po sekundzie dotarło do nich na co patrzą. Na ostatnim schodku siedział skulony szczurek, trzymając w pyszczku kanarka.

Wychudzony, z powycieranym futerkiem, z przerażeniem w zielonych oczkach patrzył na ciemne postacie, starając się wtopić w drewniane schody, na których siedział. Drżąc z przerażenia, nie mając gdzie uciec, starał się schować maleństwo, zwisające mu z pyszczka. Pierwsza zareagowała Woda. Chwyciła przerażone zwierzątko, gdy tymczasem, Szyra delikatnie starała się wyswobodzić ptaszka. Poczuwszy ręce boginki, szczurek otworzył pyszczek. Nieprzytomny ptaszek spłynął w ręce Kowalowej. I stało się to co stać się miało. Boginka i jej talizman, połączywszy się, wyzwolili nagromadzone moce. Twarz Szyry wypiękniała, jakby jej ubyło lat, a kanarek rozgorzał ogniem. Jego ciało powiększyło się. Porastały je teraz, pomarańczowo-żółto- czerwone pióra, które na głowie delikatnym puchem, przylegającym do kształtnej główki, mieniły się barwą złota. Zmieniała się ona na skrzydłach, poczynając od czerwieni, by przejść na lotkach w złotą barwę. Jedynie ogon, lekki i długi, rozłożyście wachlarzykowaty, zawierał plamy ognistej czerwieni w kształcie podłużnych łez. Takie same plamki miały, wyrastające z główki ptaka, trzy długie, wąziutkie pierzaste wyrostki, zakończone lekką, puszystą, ognistą łezką. Z maleńkiego, nieprzytomnego kanarka, zmienił się w ognistego feniksa. Zamiana była tak błyskawiczna, że Kłosz, który chciał je zatrzymać, nie zdążył uczynić żadnego ruchu, a już boginka i jej talizman połączyli się. Tymczasem Woda szykowała się do zejścia, stromymi schodami w dół, tuląc jedną ręką szczęśliwego, odrodzonego szczurka, a drugą starając się chwycić poręcz, znajdującą się poniżej trzeciego stopnia. Zatrzymał ją w pół ruchu okrzyk Kłosza:

- Nie Pani! Wejście jest tutaj.

Odwróciły się. Na podniesionych deskach zobaczyły odbicie schodów. Prowadziły w górę i łatwo było chwytając poręcz wspiąć się na stopnie. Strome ale niskie, zdawały się wciągać stąpających po nich. Bez zastanowienia wchodziły na nie kolejno, podążając za swoim przewodnikiem. Był nim jeden z mieszkańców Szklanego Królestwa. Kłosz został, musiał zamknąć przejście i powitać nieproszonych gości, gdyby tacy przyszli. Nie mogło zabraknąć króla w dopiero co odrodzonym królestwie. Zbyt to było niebezpieczne.

Wchodziły dosyć długo, zupełnie nie zwracając uwagi na coraz bardziej strome i wyższe stopnie. Przewodnik pokonywał je lekko odbijając się od poprzedniego, więc i pozostali uczynili to samo.

 Okazało się, że schody współpracowały z wchodzącym im lżejsze było odbicie, tym bardziej stawały się namiastka trampoliny. Początkowo było to nawet zabawne, ale po pewnym czasie wróżki zorientowały się że wchodzą już bardzo długo i mimo lekkości w pokonywaniu kolejnych stopni, poczuły zmęczenie. Na szczęście przewodnik odbiwszy się mocniej, został wrzucony na płaska powierzchnię, pozostali również. Skończyły się schody. Stali na olbrzymiej łące. Dookoła nie było nic. Niczym nie osłonięty horyzont, choć lekko zamglony pozwalał dostrzec słońce, chylące się ku zachodowi. Nad łąką,  olbrzymia szklana kopuła, oddzielała ich od nieba. Zdezorientowane, obracały się w kółko. Tylko przewodnik, zupełnie nie zwracający na pustkę uwagi, strzelił palcami i głośno zawołał:

- Czyńcie honory panów tego królestwa.

- A to czemu?  - Zapytał gderliwy głos. Nikogo nie było widać.

- Są tacy maleńcy, że zupełnie nie można ich dostrzec. – rzuciła w przestrzeń, obojętnym głosem Soila.

- Tak myślisz? – odezwał się inny głos i w tej samej chwili zobaczyli olbrzymi but. Był trzy razy większy od nich i lekko się uniósł. Pisnęły przerażone, ale przewodnik roześmiał się głośno mówiąc:

-No, to już pokazaliście co potraficie, przestraszyliście potężnie te biedne boginki, możecie więc się pokazać. No, pokażcie się…. Nie dokończył. Pyknęło, z lewej strony, z prawej i na łące zaczęły się, wraz z pyknięciem pojawiać domy, ulice…..  . Pojawiło się miasto. Pojawili się też ich mieszkańcy. Byli prawie normalnego wzrostu. No może o głowę, dwie, a może trzy, mniejsi od boginek.

- Są tutaj boginki? – gderliwy głos nie krył zaskoczenia. Łysawy, niski mężczyzna z olbrzymim nosem przypatrywał się gościom.

- Pewno, że są. – spokojnie odpowiedziała Soila. – I mają swoje talizmany. – dodała po chwili.

- Razem z talizmanami. – człowieczek nie krył radości.  - Zatem zapraszamy.- powtórzył. - Król Chłystek, będzie ogromnie zadowolony. – prawie wykrzyknął odwróciwszy się pognał przed siebie ile miał sił w krótkich nóżkach. Poszli za nim, szpalerem utworzonym przez radosny tłum mieszkańców tej krainy.

Każdy  uśmiechał się szeroko. Rozgorączkowany tłum przekazywał sobie, początkowo cicho, później coraz głośniej, wiadomość.

- Przyszły boginki z talizmanami.

W takim gwarze doszły do wysokiego budynku, na końcu uliczki. Przed drzwiami stał dumnie prężący się osobnik, pośpiesznie poprawiający koronę i płaszcz przybrany gronostajami. Kiedy boginki podeszły do niego, ukłonił się tak nisko, że korona niebezpiecznie ześlizgnęła się na prawe ucho. Nie zwracając na to uwagi, trwał w ukłonie.

- Jesteś królem, Panie, więc  wielki zaszczyt  nam uczyniłeś witając nas w progu swego domu. – wdzięcznie dygnęła Soila.

© Zabawa słowem
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci