Menu

Zabawa słowem

Moja twórczość

Początek.

firletka22

Czwartek, 10.08.2017 r.

Kupiłam mieszkanie. Podpisanie aktu notarialnego było preludium przed tym co czeka na mnie. Na początku była obojętność. Nie myślałam, nie czułam, nie wierzyłam. Wiedziałam, że mam. Zupełnie nie przyszło mi do głowy w co się wpakowałam. Z tamtym poprzednim, związana wspomnieniami, które tkwiły we mnie, oplatały siecią lepkich niteczek, obrazów, westchnień, zawstydzeń i cierni, nie czułam ochoty być. Z tym nowym nic mnie nie wiązało. Jedyna myśl jaka tłukła się w głowie, to: remont. Chciałam wejść, otworzyć drzwi i znaleźć się w zaczarowanym świecie wolnym od obecności kogokolwiek.  W świecie, w którym sama dysponuję swoim czasem i tym co zamierzam, lub nie zamierzam robić. Wchodzimy więc do świata moich marzeń. Ja i byli właściciele. Gorąco. Meble jeszcze nie usunięte i po pośpiechu jaki towarzyszy opuszczającym lokum przewija się myśl, że one już tu zostaną. Cierpnie mi skóra, bo przypominają mi te, jakie stały w mieszkaniu, które opuściłam. Nie zdążyłam otrząsnąć się z szoku, kiedy przyjechali Moi. Obejrzane, wymierzone, zamknięte na klucz, zastygłe w samotności oczekiwania. Wrócę.

Piątek, 11.08.2017 r.

Załatwienie dokumentów, to walka o każdy papierek. Wmawia się ludziom, że nieznajomość prawa szkodzi. Mówi się, że wszelkie informacje znajdują się w internecie. W konfrontacji z Urzędem obywatel jest człowiekiem z krasnoludkiem, spełniającym życzenia, dla swojego dobra. I ja musiałam zmierzyć się z molochem machiny urzędniczej, co zaowocowało zebraniem odpowiedniej, niekończącej się ilości dokumentów.

Najpierw wizyta w Urzędzie miasta, gdzie musiałam się zameldować w nowym lokum. Poszło nadzwyczaj łatwo, Wypełniłam wniosek, otrzymałam potwierdzenie i gotowe. 

Spółdzielnia mieszkaniowa. O tutaj czas został za drzwiami. Mnie dopadły wnioski.

Pierwszy dotyczył przypisania mnie do nowego lokalu. Pani obsługująca mnie, co prawda miła, choć nie do końca przytomna ( wszak było dopiero dwadzieścia minut po godzinie ósmej), zamierzała przedłożyć mi odpowiedni wniosek, ale stwierdziwszy, że takowy jest nieodpowiednio zadrukowany, zostawiła mnie na chwilę, trwającą dobre dziesięć minut, by poszukać odpowiedniejszego. Przyniesiony odpowiedni wypełniłam i przesiadłam się biurko dalej do innej Pani, u której musiałam wypełnić kolejny, dotyczący zmiany ilości osób odpowiedzialnych za gromadzenie śmieci w blokowym śmietniku. Następny dokument to wniosek o możliwość korzystania z internetowego wglądu do swoich spółdzielczych zasobów. Następny to wniosek o podstawienie kontenera na czas remontu. Szczęśliwa i zadowolona, z wnioskiem w łapce udałam się na sam koniec miasta, do miejsca zarządzania miejskimi odpadami komunalnymi. W połowie drogi mnie zastopowało. Przecież istnieje coś takiego jak fax i telefon. Czy nie można było przesłać dokumentu i telefonicznie uzgodnić terminy. Z tego wszystkiego nie przeczytałam uważnie dokumentu, ściskając go jak klucz do remontu, pognałam pod wskazany adres. Okazało się, że miejsce moich poszukiwań owiane jest jakąś dziką tajemnicą. Żadnego drogowskazu. Żadnej informacji. Jedynie nazwa Urzędu, ulicy i jej numer. Konia z rzędem temu, kto na tej ulicy znajdzie numer. Popytałam i ludzie wiedzieli. Poszłam pod wskazane miejsce i .... cicho pusto. Obeszła teren. Trafiłam na jakieś bardziej nowoczesne i zadbane obejście, które okazało się pracownią dyrektora i jego sekretarki. I tu uzyskałam informacje, że to nie tu, ale tam, gdzie już byłam, ale przywitała mnie głucha cisza. Wróciłam. Trafiłam do odpowiednich drzwi. Pani przyjęła wniosek, lekko zdziwiona moimi uwagami. Wyjaśniła mi, że w jednym kontenerze mogą być odpady tylko jednego rodzaju, a żeby zamówić drugi, muszę mieć drugi wniosek. Coś mnie szarpnęło.Do centrum przyjechałam stopem, bo autobusy, kursują jakoś tak dla kursów, a nie dla ludzi. Dostałam drugi wniosek i już taksówką pojechałam go przedłożyć zdziwionej panience. Otrzymałam informacje, że dwa kontenery na jeden remont się nie praktykuje, więc jak się wypełni jeden i go zabiorą, to on wróci i wtedy będzie można załadować innym rodzajem odpadów remontowych. Paranoja. Ręce mi opadły do samej ziemi. Ale nic to.

Trzecia wizyta w spółdzielni, tego samego dnia dotyczyła mojej prośby o odłączenie, zbytecznego, w maleńkiej ( 6m2) kuchni, a raczej aneksu, trzy żeberkowego kaloryfera. Pani kategorycznie odmówiła mi wykonania tej usługi. Na moje pytanie: dlaczego?, stwierdziła, że w bloku wielorodzinnym, nie robi się takich rzeczy. Na moje stwierdzenie, że kaloryfer będzie zakręcony, Pani stwierdziła: ale musi być!. Koniec dyskusji. Aby przeprowadzić remont i nadać mojemu wymarzonemu gniazdku odpowiedni wygląd napisałam dwa wnioski. jeden dotyczył usunięcia jednej ściany i zmiany drzwi. Zarówno tych wyjściowych jak i wewnętrznych. Ciekawe z czym się jeszcze będę musiała zmierzyć podczas remontu.

© Zabawa słowem
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci