Menu

Zabawa słowem

Moja twórczość

Opowiadania

Saligia.

firletka22

Luxuria.

Wchodziła, uśmiechając się do siebie. Myślała o tym, czego doświadczyła. Wchodziła. Schody pięły się przed nią ślimakowatymi skrętami i właściwie wchodziła nie myśląc o tym zupełnie. Stawiała nogi mechanicznie, zupełnie nie zwracając uwagi na to co robi. Myślała. O tym co rozkwitło w jej wnętrzu. O tym, od czego, jej serce biło mocniej. O tym, co powodowało, że się uśmiechała. Myślała o budzącej się w niej wierze. O Nauce. Słyszała ją już gdzieś dawno, ale nie mogła sobie tego przypomnieć. Znała tylko uczucie spokoju, jakie właśnie teraz czuła. Myślała o Nim. Przystanęła zaskoczona. Z jej palców, głowy, ust i serca, zaczęła wypływać delikatna, biała mgiełka. Wiła się skrętami i wolno zaczęła wnikać w ścianę, tuż przed nią. Poszła za nią, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego co robi. Zaufała. Przeszła.

Stała na rozległym placu, od którego odchodziły szerokie ulice. Cztery. Wyłożone kamieniami. Każda w otoczeniu kamieniczek, wąskich, wysokich. Wysokie okna, ozdobne ściany i zamknięte drzwi. Na ulicach ludzie. Patrzyła stojąc oparta o ścianę. Przechodzili obok. Śmiali się, przytulali. Tuż obok, przechodziła para. Młodziutka dziewczyna i starszy mężczyzna. Zatrzymali się tuż obok, jakby jej nie było. Całowali się. Lubieżnie, zachłannie, dziko. On włożył dziewczynie rękę pod bluzkę. Dziewczyna jęknęła z rozkoszą. Szarpnął materiał, uwalniając małe, jędrne piersi. Oderwał usta od ust dziewczyny i przywarł do różowych  krągłości. Dziewczyna jęknęła znowu, przywierając do niego silnie biodrami, odchyliła głowę do tyłu, pozwalając na pieszczoty, zupełnie nie zwracając uwagi na przechodzących obok ludzi. Mężczyzna nie przestając całować piersi dziewczyny, jedną rękę, włożył jej pod kusą, obficie marszczona spódniczkę. Jęknęła, głucho i przeciągle, a on delikatnie popchnął  ja na ścianę. Rozsunęła nogi i na moment oderwała biodra o jego bioder, pośpiesznie rozpinając jego spodnie. Ponownie złączeni, dysząc i wibrując uderzali rytmicznie o ścianę. A ta, jakby w odpowiedzi, przyjmowała te uderzenia, pozwalając im przenikać w jej głąb. Po chwili zniknęli w niej zupełnie, pozostawiając za sobą wąskie pasemka  czarnej delikatnej mgiełki. Stała zaskoczona rozgrywającą się obok sceną, niezdolna się ruszyć, ani zareagować. Patrzyła na ulice przerażona, zaskoczona, niezdolna do jakiejkolwiek reakcji. A ulica żyła. Tylko, że to życie wcale jej się nie podobało. Widziała sceny takie same jak te, które przed chwila działy się obok. Widziała na środku placu poustawiane stoliki. Przy jednym z nich cztery dziewczyny. Siedziały, zachłannie pożerając stojące przed nimi jedzenie, by po chwili wyrzucić to wszystko, co zjadły do plastykowych, kolorowych wiaderek. Te natychmiast były zamieniane, przez kelnerów, którzy dodatkowo usuwali puste talerze i przynosili następne dania. Patrzyła, na grupki przechodniów, którzy zatrzymywali się przed sklepami, głośno dyskutując na temat oglądanych  wystaw. Widziała innych, którzy przystając obok zręcznie opróżniali dyskutującym, torebki i kieszenie. Słyszała słowa, jakimi „ obdarowywali się”, przechodnie, potrącający się. Pełne były gniewu i obelg. Widziała w otwartych drzwiach domu stojącą kobietę, która proponowała przechodniom usługi chłopczyka i dziewczynki. Nie musiała czekać długo. Patrzyła jak grupa mężczyzn, zaczepia przechodzące kobiety, wulgarnymi ofertami, coraz bardziej niecierpliwych, zdesperowanych, pełnych chęci zaspokojenia rosnących potrzeb, by w końcu porwać jedną z nich i zawlec w zaułek, na tyle odsłonięty, by widziała, jak kolejno się zaspakajają. A wszystko to otaczała delikatna, wijąca się mgiełka czarnego, snującego się dymu. Dymu, który nie zasłaniał przechodniów, ani żadnego z obrazów, które widziała. Raczej przybliżał jej te, na które zwracała oczy, jakby chciał, aby widziała je wyraźniej, dokładniej i bliżej. Była przerażona. Nagle usłyszała muzykę. Samba. Zaskoczona patrzyła jak w kolorowym pochodzie, przed jej oczami, pojawiają się pięknie, stylowo ubrane kobiety. W sukniach, nie z tego wieku, bogato drapowanych,  w butach na obcasach, tak wysokich, że ona  nigdy nie odważyłaby się założyć, osłaniając się ozdobnymi w pióra i koronki, parasolkami, wesoło machały do stojących i oglądających je przechodniów. Pozowały tym, którzy chcieli je fotografować, uśmiechając się wdzięcznie. Ale to nie były kobiety. To byli mężczyźni. Zanim ochłonęła, po tym co odkryła. Już pojawił się, ubrany różowymi piórkami i kwiatami, samochód, w którym dwie kobiety całowały się i przytulały, nie zwracając zupełnie uwagi na otoczenie. Tuż za samochodem, kroczył tłum podrygujący w rytm ogłuszającej muzyki, łopocząc tęczowymi chorągiewkami i rzucając w tłum gapiów, maleńkie gadżety, cukierki serpentyny. W tłumie wyginały się i wdzięczyły półnagie, chude dziewczęta, wypinając w kierunku widzów, gołe klatki piersiowe z namiastkami kobiecości. Była coraz bardziej przerażona. Na całym ciele pojawiły się ciarki. Zrobiło jej się zimno. Gęsia skórka objęła ja całą. Zadrżała mocniej opierając się o ścianę.

- Dajcie dodatkowe okrycie, marznie….. proszę zamknąć okno….. – ze ściany dał się słyszeć  głos, cichusieńki, jakby nie z tej rzeczywistości i tak jak się nagle pojawił, tak i nagle zamilkł.

- Podoba ci się, co? – usłyszała nagle. Odwróciła głowę w lewo i zobaczyła stojącego z lewej strony szczupłego człowieka. I gdyby ktoś zadał jej pytanie o jego wiek, byłaby zakłopotana. Na jego twarzy dostrzegła cieniutki wąsik i mała spiczastą bródkę.

- Jak możesz zadawać takie pytanie? – usłyszała z prawej strony. Odwróciła głowę przeczuwając co zobaczy. I nie zawiodła się. Już ich znała. Spotkała ich poprzednio, ale nie mogła sobie przypomnieć, gdzie.

- Mogę i zadaję. – stwierdził Pan Z Lewej Strony.

I zanim zdołała cokolwiek powiedzieć, usłyszała:

- Tak, ale ja nie twojej odpowiedzi oczekuje.

Uśmiechnęła się. Odwróciła głowę najpierw w lewa, potem w prawą stronę i znowu się uśmiechnęła. Zauważyła, że biała smuga dymu, który cały czas spokojnie unosił się wokół niej, nie przepuszcza czarnych smug wijących się ulicami. I że rozmawiający nie snują żadnego.

- To na co patrzę budzi we mnie wstręt i obrzydzenie. Ten cały świat, do którego weszłam, jest brudny i wcale mi się nie podoba. Wręcz budzi odrazę. Ale rozumiem tych ludzi. Oni nie doznali możliwości wyboru. Kierują się pierwotnym instynktem posiadania, nie wiedząc, że są inne możliwości. Nie poznali ….

- Czyżbyś sądziła, że pierwotne instynkty, są złe? Przecież takim jest przeczucie. Aborygeni…. -przerwał jej Pan Z Lewej Strony, któremu nie pozwolił dokończyć Pan Z Prawej Strony wtrącając:

- Aborygenów zostaw w spokoju. To ludzie tak zespoleni z przyrodą, że nauczyli się poprzez wieki obserwacji otoczenia, wyciągać prawidłowe wnioski i postępować zgodnie z nimi. Ale ten świat, świat w który jesteśmy jest…..- teraz ona przerwała

….. krzykiem rozpaczy. Prośbą o wskazówkę. Pustym drogowskazem na skrzyżowaniu życia. Już wiem, że w życiu ważne są wybory. Od nich zależy jakimi ludźmi się stajemy. A wybory nie są łatwe gdy jesteśmy sami. Obserwując otoczenie uczymy się i naśladujemy. Ale nie bezkrytycznie. Powinniśmy patrzeć i odczuwać.- na moment zawahała się, milknąc.

- Nie wszystko to, o czym wie głowa, zna serce.- dodała cichutko.

Wtedy poczuła dotknięcie. Zarówno Pan Z Lewej Strony, jak i Pan Z Prawej strony dotknęli jej ręki, a ona zupełnie o tym nie myśląc  ujęła je i lekko ścisnęła.

O,ooo… popatrzcie…. – jak przez mgłę, usłyszała  cichutkie zdziwienie, dochodzące jakby z innej rzeczywistości. Mocniej oparła się o ścianę. Stała na schodach. Tak jak zapamiętała wiły się spiralnie w górę, obok jasnokremowych ścian. Tylko, że na tym poziomie, ściana zaznaczona była delikatnymi żyłkami czarnego dymu. Jak marmur. Pogłaskała ją. Marmurowa, gładka i śliska powierzchnia nie była zimna. Emanowało z niej delikatne ciepło. Jej ciepło. Uśmiechnęła się i zaczęła wchodzić.

 

Saligia.

firletka22

Gula.

Zapach był tak smaczny, że wciągała go w rozdęte nozdrza tak łapczywie i zachłannie, że na moment zabrakło jej tchu. Była w nim i woń mięsa smażonego na grillu, po uprzednim przechowaniu w marynacie. Ostry, korzenny zapach w połączeniu  z zapachami lekkiej spalenizny pobudzał ślinianki do nadmiernej produkcji. Przełknęła ślinę. Teraz poczuła woń pieczonych w żarze popiołu kartofli do którego, po chwili dołączył ostry zapach obieranych pomarańczy doprawiony delikatną nutą cynamonowych ciasteczek. A wszystko to w oplotach ziół: bazyli, oregano, majeranku, kopru i rozmarynu. Westchnęła. Nie była głodna, ale te wszystkie wonie sprawiły, że  w ustach szalała ślina, która musiała gwałtownie przełykać. Zamknęła oczy starając się opanować wypełniającą usta ślinę, coraz szybciej ja połykając……- przełyka, zobaczcie, przełyka…..- dobiegł do jej uszu głos, dobiegający, jak inne poprzednie, jakby z innej rzeczywistości. Otworzyła oczy. Stała na ulicy.  Jej koniec biegł tak daleko, że dostrzegała go, jako samotną kropkę na widnokręgu. Po jej lewej ręce stał budynek.

Duży i tak długi jak cała ulica. Rozświetlony tysiącem kryształowych żyrandoli, otwierał nagie okna, pokazujące jasne, bogate, ale prosto urządzone pomieszczenia. Patrzyła na stół i wokół niego siedzących ludzi. Byli roześmiani. Rozmawiając, kierowali głowy w stronę osób, które coś mówiły, albo jakby od niechcenia, nabierali na końce widelców, maleńkie kawałeczki, potrawy, która leżała na ogromnych, białych talerzach. Czasami, któreś z nich, dokładało sobie, z leżących na środku stołu półmisków, maleńkie kęsy mięsa, albo sałatki. Wyciągając rękę, sięgali po drobne przystawki i sosy.  Cały czas rozmawiali. Ale ona nie słyszała żadnych głosów. Bo nie one były tu ważne. Ważny był zapach i widok jedzenia. Tak czuła. Widziała też kelnerów, którzy zmieniali talerze na nowe, czyste, aby ucztujący mogli delektować się nowymi smakami nie zmieszanymi ze smakiem uprzednio jedzonego dania. Zmieniano też półmiski na środka stołu, nalewano do nowych kieliszków, nowe gatunki wina, wymieniano  karafki z wodą. Patrzyła na rząd mieszkań. Każdy z nich przedstawiał tą sama scenę, ale wystroje mieszkań troszeczkę się od siebie różniły. Inne też były zapachy z potraw, w każdym z mieszkań. Wyczuwała je mimo zamkniętych okien. Były idealnie skomponowane. Wiedziała gdzie podawana jest jagnięcina, gdzie podają rostbef, gdzie rumsztyk a gdzie smaczne kotlety schabowe. Czuła delikatne mięso drobiowe. Zarówno te z kurczaków jak i indycze, kacze czy przepiórcze. Widziała podawane w całości prosiaki, gęsi, bogato strojone głuszce. Patrzyła na udekorowane półmiski z, nie tylko w całości podawanymi rybami, ale też takie, na których kawałki ryb, podzielone na cząstki, tworzyły z dodatkami harmonijna całość. Wyczuwała woń zup, ciast i deserów. Ogrom smaków i woni oszałamiał. Czuła jakby znalazła się w świecie, w którym magia smaków i zapachów odgrywa najważniejszą role. Jakby poza jedzeniem nie liczyło się nic i nikt. Jakby to co jest na talerzach stanowiło najważniejszy cel w życiu. I zauważył coś jeszcze. Zauważyła resztki. To, co zostało nie zjedzone, czasami nawet nie spróbowane lądowało w olbrzymich kubłach, które były wynoszone na zewnątrz budynku i wrzucane do olbrzymich kontenerów. Właśnie jeden z nich otworzono. Poczuła straszny smród. Tak straszny, że na moment ją zemdliło. Zasłoniła nos i odwróciła się. Odwróciła się na drugą stronę ulicy. Tu też stał budynek. Ale jakże inny. Delikatne migotanie świec, pokazywało wnętrze mieszkań z ludźmi siedzącymi przy stole.  Tutaj też jedzono, rozmawiano i śmiano się. I tutaj zapachy miały swój czar i urok. Pachniało imbirem, soją i warzywami. Na talerzach widziała małe porcje różnorodnych potraw. Patrzyła, jak każdy, kto opróżnił talerz, wstaje i z ustawionych na kuchni garnków nabiera kolejna porcje. Jednego ziemniaka, odrobinę sosu, wraca z tym do stołu, gdzie na środku króluje wielka miska sałatki. Nabiera z niej sporą porcje i włączając się do dyskusji spokojnie pochłania to, co zawiera talerz, popijając wodą lub delikatnie maczając wargi w kieliszku, popija kęs potrawy winem. Tutaj wyczuwała nastawienie raczej na rozmowę niż na jedzenie. Tu raczej jedzenie było dodatkiem do rozmowy. Spoiwem, które pozwoliło tym ludziom spotkać się przy stole nie tylko by jeść, ale przede wszystkim, by rozmawiać. W każdym z pomieszczeń tego domu jedzono inny rodzaj potrawy, z innymi przystawkami i deserami. Widziała nie tylko sałatki z rukuli zmieszane z papryką, ogórkiem i pomidorami koktajlowymi, ale też blanszowaną, pokrojona na długie cieniutkie pasemka marchewkę, smażone szparagi, albo szpinak. Czuła ciepło drożdżowych cynamonowych ciasteczek. Delikatny zapach cytynowo-limonowego sernika buszował w jej nozdrzach. Widziała owoce, ale w każdym z mieszkań był ich tylko jeden rodzaj i raczej jako dodatek do potraw. Pachniało truskawkami, melonem i figami. Smażony w miodzie ananas ułożony na białym talerzyku sprawił, że głośno przełknęła ślinę. I nie dlatego, że zapach podrażnił ślinianki. Tym razem oczy  to sprawiły. Bo w tym domu zapachy nie były tak dominujące, one współgrając z potrawą ubierały ją w smak.

- Ciekawe, co byś wybrała?  -usłyszała, nagle za sobą głos. Dobiegał z jej prawej strony. Nie odwróciła się.

- Myślę, że milsza jest jej jakość, a nie ilość. – tym razem głos dobiegł z jej lewej strony. Nie odwróciła się.

- Nie wiem czy powinnam wybierać. – powiedziała.

- Chyba powinnaś się na coś zdecydować! – głos po prawej stronie był nieprzyjemnie ostry. Nie odwróciła się.

- Nic nie musisz. – łagodnie podpowiedział głos po jej lewej stronie. Nie odwróciła się.

- To co widzę jest miłe. To co czuję jest miłe. Ale ja nie jestem głodna, więc nie muszę się na nic decydować. – powiedziała.

-  Popatrz, oni też nie są głodni, ale jedzą. Bo poza jedzeniem nie ma nic. Najważniejsze jest jedzenie i wdychanie tych wspaniałych zapachów.- głos z prawej strony łagodniał.

- Jedzenie jest dodatkiem do życia. – głos z lewej strony stwardniał.

- Nie sądzę, aby jedzenie było celem samym w sobie. Jest miło jeść, gdy potrawa jest dobrze doprawiona i odpowiednio podana. I sami decydujemy ile możemy zjeść. Sądzę, że jedzenie na zapas nie jest mądre i może szkodzić samo w sobie..

- Och, ale się wymądrza! – dwa głosy połączone w jedno, brzmiały teraz ironią, tuż za jej plecami. Odwróciła się. Ulica zafalowała, rozpłynęła się. Stała na schodach. Ściana, na która patrzyła, przedstawiała Ostatnią wieczerzę. Talerze puste i dyskutujące postacie. Stała i patrzyła. Myślała i patrzyła.

– Czy spotkania przy stole to część ludzkiego życia? Czy ważniejsze jest jedzenie, czy rozmowa? A może obie te czynności są ważne jednakowo i trzeba zachować umiarkowanie w jedzeniu i piciu?- myślała.

Popatrzyła jeszcze raz na ścianę. Obraz trwał. Nie znikał. Spojrzała na schody. Wiły się przed nią, pnąc się łagodnie w górę.

- To coś znaczy.- pomyślała. To moje wędrowanie tymi schodami ma jakieś znaczenie. To wnikanie w ściany też. Komuś do czegoś jestem potrzebna…… Zaczęła wchodzić. Ale zanim postawiła krok na następnym stopniu , odwróciła się. Obraz trwał. Zrozumiała i uśmiechnęła się. Wiedziała. Trzeba wierzyć. Wierzyła. Jej się uda. Wchodziła.

Saligia.

firletka22

Avarita.

Wchodziła. Znowu widziała jasnokremowy kolor ścian. Ponownie lekkie uniesienie nogi pozwalało na swobodne pokonanie kolejnych stopni. Teraz już ją wchodzenie nie męczyło. Miała o czym rozmyślać. Jedno wiedziała z całą pewnością. Nie ma odwrotu. Musi wchodzić. I za nic na świecie nie może pozwolić sobie na zejście ani na przeczekiwanie. To wiedziała teraz z cała pewnością. Wchodziła. Miała jakiś cel. Tyle, że nie wiedziała jeszcze jaki i dlaczego właśnie ona. Wchodziła. Rozmyślała i wchodziła. Nagle, coś jej kazało  zatrzymać się. Przeczucie. Na pustej, kremowej ścianie, zobaczyła wybrzuszenie, które powiększając się, powodowało pojawienie się delikatnej siateczki pęknięć. Zamarła wpatrzona w to, co działo się przed nią. Siateczka pęknięć, powiększyła się na tyle, że mogła zobaczyć wychylająca się ze ściany, kulkę. Była idealnie biała. Biała jak mleko. Przy jej bieli, ściany wydawały się żółte. Podeszła bliżej. Sama nie wiedząc dlaczego, podstawiła rękę. Ściana pękła, a ona trzymała w ręce perłę. Wielką, olbrzymią, białą perłę. Zrobiła krok do przodu i przeszła przez ścianę. Cały czas trzymając perłę w zaciśniętej pięści rozglądała się zdumiona dookoła. Bo oto znalazła się w pokoju. Przed sobą widziała maleńkie okno, wpuszczające trochę promieni słonecznych. Okno było otwarte Na twarzy poczuła lekki powiew wiatru. Powietrze miało słony smak. I słyszała szum fal. Pamiętała, że tak szumi morze, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd to wie. W pokoju  pełno było różnych przedmiotów. Skrzyń, kufrów, naczyń. Poniewierały się w nieładzie, tak jakby ktoś rzucał je byle gdzie, nie dbając o porządek a jedynie o ilość. Każdy przedmiot wypełniony był perłami, monetami, kamieniami, które w blasku światła lśniły własnym światłem. Nie robiło to na niej żadnego wrażenia. Wiedziała, że są tu ogromne bogactwa, ale nie były jej, więc zupełnie jej nie obchodziły. Rozglądając się, dostrzegła w kacie maleńki stolik i człowieka, który z lupą przy oku badał skrupulatnie trzymany w ręku, czerwony kamień. Maleńka lampka, na długiej nóżce doskonale oświetlała jego rękę. Człowiek co jakiś czas odkładał kamień i sięgał po pióro . Zapisywał coś w ogromnym brulionie. Zaciekawiona podeszła bliżej. I wtedy ją zauważył.

- Co ty tutaj robisz?  Jak się tu dostałaś? – zadawał pytanie za pytaniem, patrząc na nią przenikliwie. Nie był wysoki. I gdyby ktoś zadał jej pytanie o jego wiek, byłaby zakłopotana. Na jego twarzy dostrzegła cieniutki wąsik i mała spiczastą bródkę.

- Ja Pana znam, ale nie mogę sobie przypomnieć, skąd.- stwierdziła zakłopotana

- Nie o to pytałem. – jego głos brzmiał ostro i wrogo. – Zaraz zrobimy z tym porządek - zdecydował i sięgnął po stojący na stoliku dzwonek. Potrząsnął nim i w tym momencie część ściany otworzyła się i dostrzegła  sylwetkę podobna do tej, które stała obok niej.

- Jesteście bardzo do siebie podobni. – stwierdziła, przyglądając się wchodzącemu. Nie zwrócili uwagi na jej słowa.

- Jesteś stwierdził. To dobrze. Proszę wyprowadź ją. Miałeś pilnować, by nie opuszczała pokoju. Gdzie pielęgniarka? – pytał Pan, Który Był.

- Musi czasami cos zjeść. A właściwie pojechała do miasteczka po następna porcję leków.- odpowiedział Pan, Który Wszedł.

- Zabierz ją stąd natychmiast . I dopilnuj, żeby nikt się z nią nie kontaktował. Jeszcze się rozniesie. – dokończył i już siedział przy stoliku, zapisując coś w zeszycie.

- Panienka da mi rękę –rozkazał Pan, Który Wszedł. Zupełnie nieświadomie podała mu rękę w której trzymała perłę. Zauważył, że coś trzyma.

- Zabrałaś coś? – zapytał zdenerwowany nagle i rozsuwając jej palce wyłuskał olbrzymia perłę. Ze zdumieniem zauważyła, że perła była czarna. Zrobiła się także wielka. Pan, Który Wszedł, westchnął.

- To nie nasze. – stwierdził krótko i oddał jej klejnot. Wzięła go i mocno zacisnęła w dłoni, jakby bojąc się ponownie go utracić. Pan, Który Wszedł prowadził ją przez pokoje. Były wysokie i pięknie umeblowane. Mebli co prawda było niewiele, ale ozdobne tapety na ścianach, freski na sufitach, kryształowe żyrandole i bogato udrapowane zasłony sprawiały, że przestrzeń wydawała się bardziej zagospodarowana, niż to było w rzeczywistości. Dochodziły do tego obrazy i dywany. I  one bardziej potęgowały wrażenie nasycenia i wzbogacały sale.

- Czy ja tu mieszkam? – spytała cichutko, onieśmielona całym tym wystrojem. Pan, który Wszedł, zatrzymał się nagle i spojrzał na nią chłodno z góry.

Już otwierał usta, żeby dać odpowiedź, gdy nagle dał się słyszeć szybki stukot obcasów. Kobieta, która pojawiła się w drzwiach pokoju, była niska i przysadzista. Jej maleńkie stópki dźwięcznie stukały na wyłożonej kafelkami podłodze holu. Ubrana była w szarą sukienkę, osłoniętą białym, nakrochmalonym fartuchem. Ciemne włosy z delikatnymi pasemkami siwizny, zakrywał biały czepek. Szybko i energicznie podeszła do nich.

-  Teraz ja poprowadzę panienkę do jej pokoju. – stwierdziła krótko i wzięła dziewczynkę za rękę.

- Proszę niech Marcinowa pamięta, że miejsce dla panienki zostało dokładnie wyznaczone. I nie wolno jej wchodzić tam, gdzie pracujemy. – stwierdził krótko, odwrócił się i odszedł. Chwilę stały, jakby Marcinowa zastanawiała się, w którą stronę ruszyć, po czym nagle skręciła w prawo i przeszedłszy mały hol, doszły do niewielkiego korytarza. Po jego lewej stronie znajdowały się jedne tylko drzwi. Kiedy podeszły bliżej, drzwi cichutko rozsunęły się. Winda. Weszły. Drzwi zasunęły się z leciutkim szelestem. Jechały na dół. Winda oświetlona maleńkimi kinkietami w kształcie palących się świeczek, cała wyłożona była lustrami. Nie tylko ściany, ale podłoga i sufit, były lustrzanymi taflami. Patrzyła zdumiona. Przed sobą miała obraz małej dziewczynki ubranej w długą do kostek, ciemnogranatową sukienkę. Biały kołnierzyk nieco rozjaśniał ponurą ciemność granatu. Ciemne lakierki, odbijały się od białych skarpetek, wykończonych delikatną koronką. Maleńką kształtną główkę, obejmowały dwa warkoczyki, wybiegając tuż za uszami i spokojnie leżąc, jeden na plecach, drugi z przodu gorsu, dumnie prezentowały białe kokardy. Twarz dziewczynki nic nie wyrażała. Oczy, w otoczeniu długich rzęs, patrzyły przed siebie, w odbicie w lustrze. Były puste. Drzwi otworzyły się z delikatnym szelestem. Wyszły. Stały w holu. Odchodziły od niego dwa korytarze . Każdy miał po trzy pary drzwi. Weszły do tego na lewo. Drzwi były wysokie. Bardzo wysokie. Marcinowa z trudem je otworzyła. Pokój był przestronny. Stanowił połączenie sypialni z pokojem dziennym. Na łóżku, pod baldachimem, leżało mnóstwo maskotek i  lalek. Obok, na małym stoliczku, piętrzyły się książki. Pod oknem, na biurku, zawalonym różnymi papierami, również było mnóstwo książek. Okno było lekko uchylone i delikatny powiew, podnosząc firanki, pozwalał zobaczyć zielony labirynt żywopłotu, ciągnący się aż po horyzont. Pokój miał jeszcze dwoje drzwi. Jedne uchylone pozwalały dojrzeć łazienkę, cała w bieli i złoceniach oświetlona blaskiem światła błyszczała chłodną czystością. Drugie szeroko otwarte prowadziły do garderoby. Zawalona ubraniami, butami i torebkami, piętrzyła aż pod sufit pudła z kapeluszami.

- Niech panienka więcej nie wychodzi z pokoju. Można wyjść na taras. Tam jest przyjemniej niż w pracowni wujów.- Marcinowa szybko i sprawnie porządkowała nieład w garderobie cały czas mówiąc.

- Przecież panienka doskonale wie, że wujowie nie lubią jak się im przeszkadza w pracy.

Skatalogowanie wszystkiego, co znajduje się w pałacu, to ciężka, mozolna i odpowiedzialna  praca. Jeżeli się to powtórzy, odeślą do rodziców. A rodzice panienki też ciężko pracują. Jeździć po całym świecie i wynajdywać dzieła sztuki to też trudne i odpowiedzialne zadanie. Więc lepiej będzie panience tutaj. Praca wujów potrwa kilka dobrych lat, a już czeka następny pałac. Tak, że ma panienka dobre warunki do nauki. I wujowie tylko tego sobie życzą. Ma panienka się uczyć i to wszystko. A latanie po pałacu......

- Kiedy  jest mi smutno. – powiedziała, przerywając Marcinowej.

- Smutno, smutno…. teraz Marcinowa przerwała jej. A dlaczego? Przecież panienka ma wszystko. Śliczny pokój. Całe mnóstwo zabawek……

- Ale ja jestem sama. – szepnęła.- Zabrano mi coś, nie dając nic w zamian. A ja bym chciała, przytulić się do mamy i taty……- przerwała nagle, jakby zrozumiała. Podniosła główkę i spojrzała Marcinowej w oczy.

- Zabrano mi uczucia. – powiedziała głośno i wyraźnie.

- Uczucia, taaa…   - spojrzała Marcinowa w oczy dziewczynki.

- Acha. – mała skinęła główką. - I, ja chyba wiem, gdzie one są.

- Tak? – Marcinowa pochyliła się niżej.

- We mnie. One mieszkają we mnie. Tylko, że ja im  nie pozwalałam zaistnieć. Schowałam je głęboko, bo myślałam, że jak ich nie będę okazywać to mi będzie łatwiej. Ja byłam tak ich chciwa, że nie chciałam ich nikomu podarować. I ja je także kradłam innym. Tak bardzo byłam ich spragniona, że nie wystarczały mi moje. Zabierałam je innym też.- spuściła główkę. - Bo myślałam, że wszyscy mnie krzywdzą. Wujowie, bo zajęci swoja pracą nie zwracali na mnie uwagi. Rodzice, chcąc zapewnić mi najlepsze warunki, nigdy nie byli obecni. Więc ja postanowiłam, że zostawię je dla siebie tylko i nikomu nie dam. I schowałam je bardzo głęboko, tak głęboko, że o nich zapomniałam. Dopiero dzisiaj, ta perła.- wyciągnęła rączkę, pokazując oniemiałej Marcinowej klejnot. Znowu biały, znowu ogromny.  – Tu są schowane. Czas je uwolnić - to mówiąc, z całą mocą cisnęła perłą o podłogę. Głośny stuk, a później powietrze w pokoju zafalowało. I usłyszały cichutką melodię kołysanki, śmiech dziecka, drobne uderzenia kropli deszczu o szyby, tupot maleńkich stópek i szepty : kocham, tęsknię, współczuję…… opływało wokół nich powietrze przesycone zapachem jaśminu i bzu.

- Tak uczuć nie wolno skąpić. Nie wolno ich też zabierać i chować . Przecież dzięki nim łatwiej się żyje, tylko trzeba się nauczyć je dawać. A to ogromna sztuka. – to mówiąc Marcinowa przytuliła dziewczynkę, a ta wtulona w jej miękkie ramiona uśmiechnęła się.

….. uśmiechnęła się. Widzieliście, uśmiechnęła się….. usłyszała nagle jakiś cichutki głos. Dobiegał z daleka i brzmiał znajomo. I był pełen radości i niedowierzania. Otworzyła oczy.

Stała na schodach i podnosząc  nogę, wchodziła. Ściana na poziomie, na którym się znajdowała, zaczęła wypełniać siateczka drobniutkich łodyżek powoju. Łączyły się spiralnie skręconymi wypustkami i uzupełniały trójkątnie uformowanymi listeczkami. Nie miały kwiatów, jedynie te spiralnie zwinięte wypustki coraz silnie wiązały delikatne, wijące się łodyżki. Zupełnie nie myśląc, chwyciła wyrastającą właśnie spiralkę i mocno pociągnęła. Łodyżka odsunęła się od ściany. Ciągnęła więc mocniej i mocniej, aż wszystkie leżały u jej stóp tworząc wysoką do kostek plątaninę łodyg i liści. Oderwane od ściany bladły, tracąc barwę i wyrazistość. Zanikały. Znikały tak szybko, że po chwili na podłodze nie było nic. Tylko ona trzymała w ręku maleńką spiralnie zwinięta część rośliny. Zupełnie bezwiednie wsunęła ja do kieszeni. Tam, gdzie już była poplamiona szmatka. Wchodziła. Rozmyślała i wchodziła. Myślała o chciwości uczuć.

- Dlaczego można być tak spragnionym uczuć, że się ich oczekuje od innych, samemu ich nie dając? Wchodziła.

- Czy jest możliwe, że ci co mają ich w nadmiarze nie chcą ich nikomu podarować? Wchodziła.

- Czy można skąpić uczuć? Wchodziła.

- Czy skąpienie uczuć jest równoznaczne ich chciwości? Wchodziła.

- Czy można się zaplatać w uczuciach. Stanęła. Poczuła zapach. Aromat był tak wspaniały, ze już nic nie myślała. Wąchała.

Saligia.

firletka22

Spojrzała w kierunku skąd dochodził głos. Stał prawie tuż za nią. Niewysoki, szczupły. Gdyby jej kazano określić jego wiek, byłaby zakłopotana. Na pociągłej twarzy, poważnej, z lekka jakby zamyślonej, niewielkie wąsiki i mała spiczasta bródka, doskonale harmonizowała z ciemną karnacja skóry. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Potem spojrzała na Pana Z Fotela  i znowu na niego. Jak dwie krople wody. Jak lustrzane odbicie.

- Myślę, że akurat To nie powinno Pana obchodzić. Jestem u siebie i wiem co robię. Odstawiła kieliszek i wstała. – A Pana nikt TU nie zapraszał. Proszę wyjść. – dodała wyniośle. – Mam nadzieje, ze to oduczy Pana wtrącania się w nie swoje sprawy. Żegnam Pana. - dokończyła odwracając się do Pana Z Fotela. Uśmiechnęła się do niego promiennie. Usiadła ponownie, z przyjemnością zagłębiając się w miękką kanapę.

- Tak się składa, że ja też jestem U SIEBIE. A ty dziecko, masz dopiero dziewięć lat i nie możesz pić żadnych trunków. Alkohol niszczy komórki mózgowe. A tobie szczególnie są one teraz potrzebne.

Słuchała z niedowierzaniem.- Ona dziewczynką? Przecież przed chwila oglądała siebie w lustrze, podziwiając perfekcyjność wyglądu.

Wstała, wolno podnosząc się z miękkiej kanapy. Podeszła do lustra, wiszącego nad kominkiem. Jego kryształowa tafla, pokazywała pokój, ale nie odbijała żadnej z postaci.

- Nas tu nie ma. To wszystko jest złudzeniem - wyszeptała. Wtedy lustro pękło i usłyszała śmiech. Tysiące drobnych odłamków szkła wnikało w jej ciało. Nie czuła nic. Ale kiedy jeden z nich przebił jej rękę, poczuła straszny ból.

- Boli. – wyszeptała.

- Cicho słoneczko, cicho. Zaraz przestanie. – usłyszała głos. Brzmiał cichutko. Jakby spoza tej rzeczywistości, w której ona była. Przestrzeń wokół zafalowała……

Stała na schodach. Gładkie, jasnokremowe ściany pięły się w górę. Ale nie były już czyste. Na poziomie, na którym stała, widniał napis, wyryty mocnym gotyckim pismem: He is full of himself. I zaraz obok: superbia. Literki wyrazów przenikały się nawzajem, mnożąc w nieskończoność. Raz były duże, raz małe powtarzając się w tych samych sekwencjach setki razy. I już ściany na tym poziomie nie były jasnokremowe. Zapisane wyrazami wielokrotnie, jakby obeszły robactwem, które mnożąc się ubrudził je tak, że sprawiły iż chciała jak najszybciej, przyspieszając kroku,  opuścić ten poziom. Wchodziła. Lekko, szybko. Tym lżej i szybciej im bardziej oddalała się od poziomu Superbia. Śmierdział jej tak bardzo, że jedna ręką zatkała nos, a drugą, trzymając się poręczy, pomagała sobie, prawie biegnąc, oddalić się od miejsca, które teraz wydawało jej się śmiertelnym zagrożeniem. Nagle stanęła. – Nie! Tak nie można. Nie można uciec od czegoś, co ściga cię smrodem i wstrętem. Zawróciła. Schodziła, zanurzając się w smród, do którego dołączył krzyk. To, zapisane czernią dziwnych napisów ściany, zdawały się płakać. Bo litery, teraz, kiedy wróciła, zaczęły rozmywać się i spływały wolniutko, ze ściany na podłogę, długimi czarnymi smugami. Sięgnęła do kieszeni spodni. Znalazłszy maleńki ścinek jakiegoś materiału, zabrała się do mozolnego ścierania, rozlewających się napisów. Początkowo szło jej bardzo mozolnie. Z ogromnym trudem zbierała na szmatkę czerń liter, chociaż ściany stawiały niesamowity opór. Dopiero, gdy szmatka zrobiła się cała czarna, zyskała poślizg i teraz przywrócenie jasnokremowego koloru ścianom, było kwestia kilku minut. Z ogromnym zadowoleniem  oglądała zakończenie pracy. Jasnokremowe ściany znowu nadały monotonni całemu otoczeniu. A ona wciskając poplamiona szmatkę do kieszeni, ruszyła po schodach w górę, nie czując już ani smrodu, ani presji zagrożenia.

 

 

Saligia.

firletka22

Superbia.

Była w pokoju pełnym luster. Patrzyła na siebie. Patrzyła z upodobaniem. Podobała się sobie. Zawsze starannie przygotowywała się na spotkanie dnia. Lekki makijaż dzienny, był perfekcyjnie wykonany. Odpowiednio ułożone włosy, miały nie przeszkadzać ani w pracy, ani w spożywaniu posiłku. Tydzień temu odwiedziła fryzjera, więc i kolor, i ułożenie pukli wyglądało tak naturalnie,  że nie musiała włożyć dużo pracy, aby ukazać ich piękno. Patrzyła w lustra widząc całą swoja sylwetkę. Błękitna tunika świetnie harmonizowała z ciemnogranatowymi spodniami. Granatowe buty, na lekkiej, słomianej koturnie, nie obciążały stopy, za to świetnie wydłużały nogi. Bose stopy, z delikatnie podmalowanymi paznokciami, ukazywały, jak bardzo właścicielka o nie dba. Wydęła usta. Uśmiechnęła się, pokazując nieskazitelnie białe zęby. – No cóż, ideał.- pomyślała, nie odrywając oczu od swojego odbicia.

- Acha. – usłyszała tuż obok, ale nie widziała nikogo. W lustrach odbijała się tylko jej sylwetka. Okręciła się szybciutko dookoła. I zamarła. Jedno z luster było uchylone. Leciuteńko, ledwo, ledwo. Ale ona to zauważyła, jakby było otwarte na oścież. Ostrożnie podeszła, schylając się tak, jakby chciała dojrzeć, tuż nad sama podłogą, co jest po jego drugiej stronie. Błysnęło. Sięgnęła ręką. I już trzymała. Złota bransoletka. Ostrożnie chwyciła za odstającą krawędź lustra i delikatnie pociągnęła do siebie. Lustro uchyliło się z taka łatwością, nie wydając przy tym żadnego dźwięku, że ośmielona, pociągnęła mocniej. Teraz widziała dokładnie. Za lustrem stała skrzynia, lekko podniesiona pokrywa, pokazywała takie bogactwo, że zdumiona, stanęła, zupełnie nie wiedząc co robić. Ale wahała się tylko moment. Już sięgnęła do skrzyni. Już zakładała pierścienie. Już przymierzała diadem. Odczuwała niesłychana radość i dumę z tego, co widziała w lustrze.- Perfekcyjnie- myślała i rozpierała ją duma z tego jak potrafi doskonale dobrać biżuterie do stroju. Czuła, że tak doskonale nie potrafi nikt. - Jeszcze tylko kolczyki- myślała – i będzie doskonale.

- Acha. – usłyszała znowu. Zatrzymała się na moment, ale myśl o tym, że musi wyglądać perfekcyjnie, nie pozwoliła jej na dociekanie, kto to powiedział. Dumnie spoglądała w lustra, przymierzając kolejną parę biżuterii i rozpierało ją ogromne zadowolenie z perfekcji wyglądu. Kiedy dumna ze swojego odbicia, patrzyła na siebie jak zahipnotyzowana, następne lustro uchyliło się. Już nie musiała mu pomagać. Uchyliło się samo, pokazując pokój. Olbrzymi salon, kompletnie umeblowany, zapraszał ja do środka. Weszła. Stanęła na miękkim dywanie. Nie był gruby, ale widać było, że wełna, z której utkano tak bogaty wzór orientu, była przedniej jakości i że na pewno tkały go ludzkie ręce, a nie maszyna. Na ścianie, położonej po jej lewej ręce, stał kominek. Jego marmurowe kolumienki, łączył blat, na którym kryształowe lichtarze podwajały swoja ilość w pięknym weneckim lustrze. W kominku płonął ogień. Delikatny zapach drewna sandałowego, docierał również do niej. Naprzeciw kominka wielkie okna, od sufitu do podłogi, otulone firanami, które ginęły w objęciach udrapowanych fantazyjnie zasłon. Pomiędzy oknami, a kominkiem, olbrzymia kanapa z mnóstwem poduszek. Stolik przed kanapą, z bogato zdobionymi rzeźbieniami, zastawiony był wielkimi paterami, na których piętrzyły się owoce z różnych stron świata. Naprzeciw niej olbrzymia szafa, z podobnymi do stolika rzeźbieniami miała otwarte drzwi. Na półkach stały kielichy, z  delikatnego, cieniutkiego, szkła kryształowego. Niżej  butelki z wódkami, koniakami, whisky i winami. Aż jej się w głowie zakręciło o tej różnorodności. Tuż obok szafy stało krzesło bujane. Patrzyła zdumiona. Krzesło się kołysało chociaż ona nikogo na nim nie widziała.

- Acha. – tym razem usłyszała wyraźnie i głośno. Głos dobiegał z miejsca, gdzie kołysało się krzesło. Zaskoczona nie odrywała od niego wzroku. I wtedy go zobaczyła. Na krześle siedział chudy człowieczek. Nie był zbyt wysoki. Nie był też ani stary, ani młody. Gdyby ktoś kazał jej określić jego wiek, byłaby zakłopotana. Jego pociągłą twarz ozdabiał cieniutki wąsik i maleńka spiczasta bródka.

- Witam panią – powiedział z galanteria, podnosząc się z krzesła.- Trzeba było się trochę postarać, aby mnie zobaczyć. – Nieprawda? – zapytał. I już był przy niej. Już trzymał za rękę, składając na jej dłoni delikatny pocałunek. O, jakże była dumna, że to ją właśnie tak wyróżnił. I mimo, że w pokoju nie było nikogo, zdawało jej się, że została wyróżniona wśród milionów.

- Witam Pana- skinęła głową, delikatnie, lekko tylko ją schylając.- Czy może mi Pan powiedzieć, gdzie ja jestem i co ja tu robie? – spytała z uśmiechem, nie zamierzając zabrać, z jego ręki, swojej dłoni. Coś jej na to nie pozwalało. No i on uśmiechał się tak zniewalająco.

- Może usiądziemy i uszczkniemy  odrobinkę z bogactwa Pani szafy? - zapytał prowadząc ją do kanapy i pomagając jej na niej usiąść. Pozwoliła. I była taka zadowolona, jak nigdy. A on, jakby nie słysząc jej pytania, już nalewał jakiś alkohol do pięknych, baniastych szklaneczek.

- Za nasze spotkanie. - powiedział patrząc jej głęboko w oczy i delikatnie trącił swoja szklanką w jej . Uśmiechnęła się dumnie i już miała upić łyczek bursztynowego trunku, kiedy do niej dotarło.

- Jak to MOJEJ szafy? – spytała zaskoczona.

- Przecież to wszystko jest Pani własnością- odpowiedział z leciutkim uśmiechem.

A ona już dumnie toczyła wzrokiem po pokoju, upajając się możliwością jego posiadania. Ponownie włożył  naczynie z trunkiem w jej dłoń i lekkim ruchem poprowadził do jej ust. Złoty płyn zafalował. Odchyliła lekko głowę, aby łatwiej przełknąć, lecz znieruchomiała, słysząc:

- Nie radze tego pić. To alkohol.

© Zabawa słowem
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci