Menu

Zabawa słowem

Moja twórczość

Zaplątane

firletka22

 

Nadszedł wtorek. Ponieważ zazwyczaj w poniedziałek odwalam kawał dobrej roboty ( nie sposób nie) we wtorek mam luzy. Wykorzystałam je na skumulowanie wszystkich prac do godziny 14:00. Przespacerowałam się z psami… a raczej przeciągnęłam w szaleńczym tempie zdezorientowane zwierzęta, nie bacząc na ich potrzeby poznawania świata za pomocą woni….- jeszcze się nawąchają- myślałam i poszłam się przebrać.

Z tym przebieraniem wiąże się ciekawa dla mnie historia. Kiedy to pierwszy dzień zaczęłam pracę u” Państwa”, zaraz po przyjeździe do Warszawy, Pani poinformowała mnie, że jak tylko wrócę ze spaceru z psami siadamy do kolacji. Ponieważ lubię luźne ubrania, przywiozłam sobie białą, bawełnianą, długą do kostek sukienkę.   Bardzo ja lubię i jest na tyle „normalna”, że jest odpowiednia jako strój na spacer z psami, jak i ubiór do kolacji.  Lotta zobaczywszy mnie w tej „kreacji”, zamarła. Kiedy ja odblokowało, zapytała: - W TYM chcesz iść na spacer z psami. Zadowolona kiwnęłam głowa. Zapytała ponownie, już bez uśmiechu: - W TYM? Zrozumiałam. Bez jednego słowa wróciłam do swojego pokoju i założyłam normalne spodnie i T-shirt. Tak nauczyłam się równości klasowej. I od tego momentu, nigdy nie siadałam do kolacji przebrana inaczej niż do prac porządkowych.

Ale tym razem miałam się spotkać z nigdy nie widzianą koleżanką. Chyba bym nie przeżyła, jej pytającego wzroku: - W TYM przyszłaś na spotkanie ze mną? W TYM? A na jej ocenie bardziej mi zależało niż na ocenie Lotty. Wiec założyłam dżinsy, bluzeczkę i czerwone korale. A co! Jak ma być uroczyście, to niech będzie! Czerwone korale, jak najbardziej na miejscu. Zostawiłam makijaż młodszym od siebie… zresztą, nie miałam zamiaru psuć sobie humoru docinkami lustereczka. Coś czułam, że miało by używanie, oj miało. Psiknęłam chmurkę perfum, weszłam w nią i już byłam gotowa na spotkanie z Bożenką. Drogę do metra przeleciałam jak na skrzydłach. Tupiąc z niecierpliwością w oczekiwaniu na pociąg, normalnie kursują co kilka minut, usłyszałam dzwonek telefonu. Dzwoniła Bożenka. Już są. Już czekają. Czy mogłabym być wcześniej. Z radością poinformowałam, że już jadę, że właśnie nadjeżdża pociąg i że będę za 10 min. Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji Hotoriet, z wrażenia zapomniałam jak to się normalnie oddycha i pognawszy przed siebie, wypadłam na ulicę. Mówią, ze głupi maja szczęście. Całkowicie się z nimi zgadzam. Bo z wszystkich możliwości jakie były, ja wybrałam to najwłaściwsze, czyli wyjście do Konserthuset. Tam właśnie byłyśmy umówione. Byli. Stali. Poznaliśmy się od razu. Uściskałam ich na przywitanie. Najpierw Bożenkę, potem jej męża, barczystego postawnego Pana, później młodego szczupłego mężczyznę, a następnie młodszego i na końcu najmłodszego z mężczyzn. Wszyscy zostali mi przedstawieni, ale….. ja już po minucie nie pamiętałam kto jest kto. Jedynie Bożenka była rozpoznawalna…. Wiadomo, mną nie była, jedna była, więc to na pewno Ona. No i jej mąż…. Coś mi świta, że chyba Krzysztof ma na imię, ale zabić się za to nie dam i jeśli jest inaczej to serdecznie męża Bożenki przepraszam. Ten wysoki mężczyzna to zapewne brat Bożenki i jego dwaj synowie. Marię, bratową Bożenki miałam poznać później. Poszliśmy w stronę Gamla stan, czyli na Stare Miasto. I rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i rozmawialiśmy( głównie to ja gadałam, czując nieodpartą potrzebę wypowiadania wyrazów w moim kochanym polskim języku) Chodząc uliczkami, pokazywałam to, co mnie wydawało się najciekawsze, tak jakby od tego zależała moja kariera w show biznesie, nie zwracając uwagi na to, że towarzystwo jest, coraz bardziej milczące i ciche. Chciałam im jeszcze pokazać pomnik Św.Jerzego, ale mi gdzieś zginął. Wlokłam ich uliczkami, rozglądając się nerwowo. No bo, jak tak. Goście przyjechali z obcego kraju, a mnie pomnik zginął. Różne rzeczy już gubiłam, ale pomnik pierwszy raz. W pewnym momencie obejrzałam się do tyłu i zamarłam. Był. Daleko, na końcu uliczki. Stał normalnie na swoim miejscu. Pokazałam im go tryumfalnie, gotowa poprowadzić ich w siną dal, gdyby nie mąż Bożenki, który nieśmiało, z dużą dozą samozaparcia, zaproponował, żeby gdzieś usiąść, gdziekolwiek. No, więc usiedliśmy. Ławka była z tego typu, ze dwie osoby to już tłok, a usiedliśmy na niej w trójkę. Ja byłam w takiej euforii, ze nawet się nie domyślałam, ze komuś może być niewygodnie. Przyniosłyśmy sobie z Bożenką kawę, Panowie pili coś swojego. Tu, chyba, trochę przystopowałam z mówieniem. Nie dlatego, że mi się temat skończył. O, nie. Ale głównie dlatego, że czasami piłam kawę, a to wyklucza mówienie całkowicie. To znaczy, można mówić pijąc, ale konsekwencje mogą być nieprzewidywalne. I wtedy do głosu dochodziła Bożenka, jej mąż, albo reszta towarzystwa. Pociemniało. Zapalone latarnie dodawały uroku wąskim wybrukowanym uliczkom. Tłumy przechodniów, krążyły rzucając ciekawe spojrzenia na wystawy sklepowe, oferujące pamiątki, za nie atrakcyjne ceny. Wolno udaliśmy się na spotkanie z Marią i na T-Centralen rozstaliśmy się. Pojechałam do domu taszcząc w ramionach prezent od Bożenki. Byłam tak szczęśliwa, że nic, ale to naprawdę nic, nie było w stanie zepsuć mi tego dnia humoru. W domu czekano na mnie z kolacją, którą zjadłam w szaleńczym tempie, dzieląc się wrażeniami ze spotkania. Jak ja to zrobiłam, nie krztusząc się, pozostaje dla mnie całkowitą zagadką. Posprzątałam po kolacji i pognałam na górę, do swojego pokoju zerknąć co zawiera cudowne zrobione przez Bożenkę, z papierowej wikliny pudełko. Pozwoliłam Lottcie spojrzeć na pudełko, a ona już je widziała w swojej łazience wypełnione mydełkami, muszelkami… No, pewno! Pudełko Bożenki w jej łazience. Nie pokazałam, co było w środku. Ale Wam powiem. Była tam kartka, również zrobiona przez Bożenkę, była ryba ( już sprawiona) złowiona tego dnia rano, były dwa opakowania chałwy i cudownej piękności lusterko witrażowe. Patrzyłam na te skarby i łzy jak grochy spływały mi po policzkach. Łzy szczęścia. Tyle dobroci dla mnie jednej nieznanej, nigdy nie widzianej osoby. Ileż było w tych podarkach miłości, dobroci, myśli o mnie. Ile troski podczas robienia, a potem pakowania. Jeszcze długo w nocy, błądząc po krainie snu moje myśli uśmiechały się do wspomnienia tego, co mnie spotkało. Do chwil, spędzonych z Bożenką i jej rodzina, do radości otrzymywania podarków. Dostawanie jest bardzo, bardzo miłe.- A Bożenka?-  zapytacie. Jaka jest Bożenka? Powiem Wam. Gdybym jej nie spotkała, myślę, że moje życie nie byłoby pełne. To ciepła, skromna i cudowna dziewczyna. Trochę niepewna  siebie, pragnąca pozostawać w cieniu….. i to tyle. Resztę poznacie, jak ją spotkacie. Myślę, że każdy, kto spotka Bożenkę w rzeczywistości, pozna ją inaczej, bo każdy patrzy na drugą osobę inaczej, po swojemu. Ja, dziękuję Bożence, za to, że chciała mi podarować swój czas, że ofiarowała mi cząstkę siebie, swojej rodziny i … talentu. Mam nadzieje ją odwiedzić. Toż to będzie frajda… … już się cieszę.


Spotkanie w Realu.

firletka22

 

Propozycję spotkania otrzymałam tak niespodziewanie, że nie zdążyłam nawet pomyśleć i już się zgodziłam.  Z resztą , kto by się nie zgodził? Tym bardziej, że ceniłam sobie wytwory tej osoby, wiec spotkać się, to tak jakby wejść do innej bajki. Musiałam przeprosić lusterko i pozwolić mu znowu oglądać wnętrze pokoju. Poweselało. Stojąc odwrócone licem do ściany i to jeszcze na zapleczu, nudziło się zapewne przeokropnie. Ale samo sobie winne. Jak ktoś bez przerwy powtarza: - nie pomoże puder, róż….., z nutką ironii i bezczelnym błyskiem szklanej tafli, to może zdenerwować. A czyny człowieka zdenerwowanego  są nieodgadnione. No i powędrowało na zaplecze. Teraz wróciło, by przekazywać obraz odnowy. Tony maseczek, podobno ze skutkiem natychmiastowym, na wszystko co się nadawało do naprawy. Efekty były mierne, ale w cichości ducha przekonywałam siebie, że to zapewne zemsta zwierciadełka. A, niech się cieszy. Co mi tam!

Nadszedł TEN dzień. Wszyscy wokoło wiedzieli, że jadę na spotkanie, koleżanki z Internetu, która przyjeżdża do Szwecji na urlop. Byli raczej zszokowani. No, bo kto normalny, wybiera Szwecje na miejsce wypoczynku? Na wypoczynek, to się jedzie do Hiszpanii, na Wyspy Bahama,  do Tajlandii i temu podobne rejony świata, ale nie do Szwecji. Tłumaczyłam, że grzyby, ryby i tego rodzaju atrakcje, ale nie do końca przekonałam. Bo to przecież fileciki można kupić w sklepie, a kantarelle zalegają stragany, wiec po co się wysilać, schylać, wypatrywać.

Raniusieńko, odpracowałam co miałam do odpracowania i pojechałam na Dworzec Centralny. Stamtąd autobusem miałam dojechać na lotnisko. Turystów zatrzęsienie, ale nie zważając na sezonowe zagęszczenie poczekalni dworcowej, kupiłam bilet i boczkiem, boczkiem, jakoś udało mi się dostać do pierwszego, odchodzącego w kierunku lotniska autokaru.  Było mi o tyle łatwiej, że bez bagażu i sama, bez trudu pokonałam, stojących w długachnej  kolejce, podróżnych.  Miejsce było mi obojętne i tak czas podróży poświęciłam na doskonalenie frywolitkowych wiązań. Nie wychodziły mi za bardzo. Teraz wiem, powinnam je dokładniej zaciągać, z jednakową siłą każdy. Więc ćwiczyłam, a autobus połykał kilometry. A było ich sporo. Podróż trwała 1 godz. i 20 min. Tak, że na lotnisku zameldowałam się o 10:20, cała spięta i przejęta, bo podczas podróży na lotnisko, nagle mnie olśniło. Przecież ja nie tylko nie wiem, jak Ona wygląda, ale też nie wiem jak się nazywa. Rozpanikowałam się tak, że pomyliłam kolejność supłań i resztę drogi rozplątywałam pomylone, frywolitkowe, węzełki. Całe szczęście, że podczas wymiany e-mailowych uzgodnień dotyczących spotkania, podała mi numer telefonu. To mnie trochę uspokoiło, więc podczas naprawiania błędów we wzorze, myślałam, że przecież zadzwonię i się jakoś spotkamy.

Na lotnisko Skavsta, weszłam oczywiście wejściem dla podróżnych odlatujących i spokojnie rozglądałam się wokół, za tak samo rozglądającą się osobą w towarzystwie męskim. Takich, było mnóstwo. -No, nic.- myślałam. Oblecę spokojnie lotnisko i na pewno spotkam  kogoś, kto spełnia moje oczekiwania i już.

To był chyba ten dzień, kiedy głupota rozparła się wygodnie w zwojach mózgowych, lekko je prostując. Na dodatek zlizała całą szara substancję.

 Wszystkie osoby, które spotkałam po drodze, spełniały kryteria, bycia poszukiwanych-oczekiwanych. I wtedy wpadło  mi w oko miejsce, gdzie podróżni wychodzili po wylądowaniu. Szczęśliwa, podeszłam do stewardessy, pytając o znany mi czas lotu. Oczywiście odpowiedziała mi, że samolot dawno już wylądował i może bym się skontaktowała z poszukiwaną osobą , telefonicznie. O, mało co, nie puknęłam się, przy miłej informatorce, w pustą łepetynę. To, że nie jadłam śniadanie, nie tłumaczyło mojego kompletnego ogłupienia. Podziękowałam miłej panience, odeszłam na bok i wystukałam numer. Ale mój telefon odpowiedział mi, że taki numer nie istnieje i żebym spróbowała jeszcze raz. Więc próbowałam i próbowałam i próbowałam…., a telefon cały czas kłócił się, ze mną, że źle. I nagle olśnienie. Przecież na początku powinnam wklepać   plusik. Zadowolona naciskam znak plus, a wyskakuje 0.  Ja naciskam plus, wyskakuje 0. No, myślę sobie: - Kupić ciemnocie telefon, to fraszka, ale nauczyć ją obsługiwania, to jest wyzwanie. Podeszłam ponownie do sympatycznej panienki, prosząc o pomoc. Tym razem numer był wprowadzony prawidłowo. Dokonała tego łapka przesympatycznej stewardessy, ale nie z moim telefonem takie numery. Tym razem odpowiedział mi, że numer jest poza  zasięgiem  i się rozładował. Zdębiałam. No, cóż. Jak tu już jestem, porozglądam się. Mówią, że głupi ma szczęście. Może powinnam sobie los kupić? Przy trzecim okrążeniu lotniska, ludzie zaczęli patrzeć na mnie podejrzliwie.  Skavsta, to małe lotnisko, więc krążąca i przypatrująca się nachalnie,  wszystkim bez wyjątku, kobieta, mogła budzić niechęć. Nie spodobały mi się te spojrzenia. Zaczęłam myśleć. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Centrum informacyjne. Było takowe. Przeczekałam grupę osób usiłujących czegoś się dowiedzieć, lub coś załatwić. Kiedy przyszła moja kolej, przedstawiłam Pani problem i poprosiłam o przywołanie znajomej, którą nigdy na oczy nie widziałam. Pani podsunęła mi karteczkę, prosząc o napisanie nazwiska. Napisałam: Bożena Szachrajka, zadowolona z dowcipu, jaki zrobiłam. Pani zerknęła na karteczkę i w jej oczach zobaczyłam  popłoch. Powiedziałam głośno, wolno i wyraźnie, akcentując każdą niemalże literkę: Bożena Szachrajka. Pani uśmiechnęła się i zaczęła czytać. Bozena jeszcze jej jakoś wyszło, a lekkie seplenienie, dodało uroku, ale nazwisko, które podałam sprawiło nie lada kłopot. -Biedna kobieta.- pomyślałam z ogromna satysfakcja, graniczącą ze złośliwością. Nareszcie odwdzięczyłam się, za wszystkie trudności związane  z wymawianiem wyrazów w języku szwedzkim. Pani bowiem, cichutko zasyczała, opuszczając z, połknęła a spróbowała połączyć ch wymawiając je, jak sz ale tak jakoś miękko, potem przeszła przez r głucho je trzymając, na środku języka, następnie z  a  zrobiła o by opuszczając j  szczęśliwa i zadowolona, zakończyć wyraźnie ka .  Nieśmiało zaproponowałam: -To może ja? Pani pokręciła głową przecząco  i ponownie zajęła się nauką języka polskiego. Próbowała coś tak z pięć, czy sześć razy. A ja wpatrzona w jej usta z niecierpliwością czekając na to co usłyszę, przestałam liczyć, który to już raz. W końcu zlitowałam się i radośnie kiwnęłam głową, uśmiechając się najpiękniej jak umiałam, co spowodowało, że diabli wzięli wszystkie maseczkowe zabiegi upiększające. Zmarszczki  wylazły, pokazując swoją krasę, w całej okazałości. Pani podeszła do mikrofonu i patrząc na kartkę poprosiła o zgłoszenie się do punktu informacyjnego…….. sama nie wiem kogo. W tym bowiem momencie uświadomiłam sobie, że nawet, jak Bożena to usłyszy, z całą pewnością nawet nie pomyśli, że to o nią chodzi. Ale żeby nie robić Pani przykrości czekałam. Po dziesięciu minutach Pani ponownie odczytała, dwukrotnie, wezwanie, a  ja zachłannie czekałam na to co usłyszę. Ogłoszenia nie dały efektu i nikt nie rzucił się w stęsknione me ramiona. Wtedy Pani zaproponowała, żeby może zadzwonić, na co ja poinformowałam ją o fanaberiach mojej komórki. Pani zaproponowała mi rozmowę z ich telefon stacjonarnego. Świadczą takie usługi. Co kosztuje, bez względu na długość połączenia i odległość – 20 SEK. Ucieszyłam się. Pani radośnie wystukała numer z podanej jej przeze mnie kartki i po usłyszeniu sygnału, oddała mi słuchawkę. Mogłam swobodnie rozmawiać z Szachrajką. Tutaj nikt nie rozumiał po polsku, a gdyby nawet trafił się jakiś rodak, to albo byłby bardzo zaskoczony, albo tak zajęty  swoimi sprawami, że nie podsłuchiwanie by mu było w głowie. Okazało się, że plany im się trochę zmieniły, a wiedząc, że autobus ze Sztokholmu przyjeżdża późno i nie wiadomo, czy tym pierwszym przyjadę, czy nie, postanowiono gremialnie, wyruszyć na miejsce zakwaterowania. Tym bardziej, że był to nie mały kawałek drogi. Umówiłyśmy się na wtorek.

firletka22

Pojechali..... co czuję..... tak trudno opisać.... ale radość, to na pewno. I jeszcze trochę swobodniej... j e s t e m   s z c z ę ś l i w a i wcale nie mam zamiaru tego ukrywać. Co prawda mam dwa psy ogrom kwiatów ( bo mi żal było jak były puste okna i teraz, są pełne), w zapowiedziach wizytę starszych państwa i młodego "panicz", oraz przyjazd pewnej grupy polaków, ale to wszystko pestka w porównaniu z tym, co trzeba wytrzymywać. Oj, przyda mi sie taki oddech, przyda. Jestem optymistką i z natury osobą łagodna, ale te udawadniania" błędów" i omyłek, boć nikt nie jest idealny, trochę dobijało, a już ostatnio szczególnie. Teraz Dobroczyńcy kąpią się w słońcy Hiszpani, a ja pławie w słońcu Szewcji. Dzisiaj ( o 17:00) 31 stopni C i prawie bezwietrznie, a w następne dni ma być jeszcze cieplej. Muszę wprowadzić dwie kategorie: Szwedzkie opowieści ze zdjęciami tego co widziałam i przeżyłam tutaj oraz drugi z moimi pracami. Uczę sie frywolitki i chociaż supłam już całkiem dobrze, to wieksze elementy mi wcale nie wychodzą... nie umiem też czytać schematów w różnych czasopismach... No i najważniejsze: koniecznie zrobić albumik na 18 urodziny mojej wnuczce. Zamysł juz jest, teraz tylko realizować. Więc ... do dzieła...... ale chyba zaczne od jutra, bo dzisiaj jestem za szczęsliwa, żeby  cokolwiek zaczynać. Dzisiaj pławię sie w spokoju i lenistwie. No i dobrze. A, co!!!???

firletka22

Zapominam. Dostaje. Jest mi dobrze i zapominam. A może nie zapominam, tylko chowam, aby mnie wzmocniło. Żeby przegnało chmury, żeby było....? ...." nie ma takiej gumki, która wymazuje człowieka...." Oj, chyba jest. Taką gumką jest .... niepamięć. Obie z obojętnością potrafią wiele złego zrobić. Potrafią zakryć i nie pokazywać. Zaginać w niepamięci za parawanem obojetności..... czy jest na to rada? Nie wiem. Muszę pomyśleć.

© Zabawa słowem
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci