Menu

Zabawa słowem

Moja twórczość

Podróże

firletka22

        Ogłuszona, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że już jestem tu, na miejscu. Myślałam, jak tu odebrać bagaż i …. poszłam za tłumem, słusznie sądząc, że tłum, wie lepiej. Wiedział. Ludzie zatrzymywali się przed podświetlaną tablicą, na której pojawiały się informacje, z którego ( nr) miejsca odebrać można bagaż. Moje miejsce miało nr  11. I znowu za tłumem. Trochę poczekałam i na rampę wjechały bagaże. Pojawił się i mój. Cała w skowronkach zaczęłam się rozglądać, gdzież ten pociąg o szumnej nazwie Leonardo. Zobaczyłam informacje i do kasy po bilet.  Po chwili siedziałam w wygodnym fotelu upajając się swoją mądrością i tym, że wcale nie błądziłam. Pociąg ruszył. Wpatrzona jak zahipnotyzowana, oczekiwałam za oknem…. Sama nie wiem czego, ale chyba czegoś potężnego, a tymczasem mijałam szary krajobraz nieużytków, domów, jak wiele w Polsce. Patrzyłam na to otępiona i zawiedzona. Gdzie, ten czar Włoch. W końcu się doczekałam. Palmy. O grubych pniach, z pozostałościami po zgubionym, zeschłych liściach, rosły sobie, ot tak, przy domu, tworząc niezwykle malownicze widowisko. Za chwile zobaczyłam coś, co mnie normalnie zamurowało. Drzewko cytrynowe, całe obwieszone cytrynami, żółcącymi się pośród zielonych liści. No, to mi zupełnie odebrało mowę. Wypatrując takich dalszych dziwów, nawet nie zauważyłam jak dojechaliśmy. Bilet kosztował 14 euro, ale czas jazdy ( 35 min) rekompensował w pełni tą cenę, ponieważ autobusem, o połowę taniej, jechałabym z lotniska do centrum, nawet 1h35 min. Miałam szansę przekonać się jak jeżdżą Włosi.  Dworzec Termini jest ogromny i nowoczesny z mnóstwem sklepów, sklepików, barów i kafejek..  No i z punktem informacji turystycznej, gdzie można zakupić Roma Pass, kartę umożliwiającą przez trzy dni na przejazdy metrem i innymi środkami komunikacji miejskiej, oraz pozwala na ulgowe wejście do muzeów państwowych,  z czego dzięki tej karcie, pierwsze dwa, są za darmo. Zobaczyłam taki punkt przed sobą, więc ustawiłam się w kolejce, niewielkiej zresztą, raptem trzy osoby, żeby mieć na później. Zamierzałam z niej korzystać co prawda dopiero od wtorku, ale chciałam ją mieć zaraz. Później, jak znam życie, trudno by mi było na taki punkt trafić. Obsłużeni kolejkowicze przede mną odeszli, pani podniosła na mnie pytający wzrok, więc  grzecznie poprosiłam o Roma Pass. Pani się uprzejmie uśmiechnęła i spojrzawszy jeszcze raz na mnie zapytała, czy wiem, że w Rzymie, osoby po 65 roku życia maja na wszystko zniżkę i im karta raczej nie jest potrzebna. Odpowiedziałam równie uprzejmie, że wiem, ale ja jeszcze nie mam 65 lat i trochę mi do tego wieku brakuje, ale pani nie zrażona nietaktem, nawet nie przeprosiła za takowy tylko spokojnie wyjęła żądany produkt i zainkasowała należność. Wyobrażacie sobie jak mogłam wyglądać, po całym dniu ganiania, żeby wszystko było zrobione i  nieprzespanej nocy. Ale było mi to, w tej chwili, całkiem obojętne. Chciałam, jak najszybciej, dostać się do hotelu. Rozejrzałam się za wyjściem. Zobaczyłam i wylazłam… prosto w objęcia taksówkarza, który już otwierał drzwi na moje przyjęcie. Ha, ha! Nie ze mną te numery. Spytałam się tylko, gdzie jest Via Urbana, pilnie obserwując co zobaczę. Spojrzał przed siebie i znowu przenosząc wzrok na mnie, zajęczał, że to daleko, ale ja stanowczo odsunęłam zagradzające mi drogę ramię i rzucając wyniośle przez ramię: dziękuję, przejdę się, pomaszerowałam przed siebie. Szłam i szłam, jakieś 100 m, ale dla mnie, z bagażem, kurtką zimową i uwierających butach, po nie przespanej nocy, to było bardzo daleko. Doszłam do jakiegoś placu, później doczytałam, że ten plac nosi nazwę Piazza dei Cinquecento. Brzmi znajomo? Dlatego zapamiętałam. A plac ważny, bo tu znajduje się, nie tylko Dworzec Termini ( nie tylko z pociągami naziemnymi, ale i metrem), także, postój taksówek i stąd odjeżdża wiele autobusów. Więc jest to bardzo ważny węzeł komunikacyjny. Spytałam jakiegoś przechodnia o moją ulicę, pokazał plącząc słowa angielskie z włoskimi, ale się dogadaliśmy i już po chwili szłam Via Cavour, do niewielkiego placyku, skąd skręcając w lewo weszłam na Via Urbana. Na szczęście dla mnie kilka domów dalej, był hotel , Aenea Superior Inn, w którym miałam zarezerwowany pokój. Jacyś ludzie właśnie wchodzili do środka, więc weszłam razem z nimi. Pokazali mi, gdzie jest hotel ( tylko dwa pietra), bo reszta była zwyczajnym domem mieszkalnym.  Młody Włoch sprawdził tylko czy ja, to na pewno ja, w moim paszporcie, błyskawicznie wypełniłam kartę meldunkową, zapłaciłam za pobyt ( ponieważ nie kartą kredytową, ale gotówką, wyszło o 9 euro taniej). Pan nazywał się David i zapisał mi swój numer kontaktowy, na odwrocie rachunku, gdybym miała jakiś problem, mam dzwonić, pomoże. Podał mi mapę, na której pozaznaczał, najważniejsze obiekty, trasy przemarszu, ulice na shopping( tak napisał na mapie)krzyżykami zaznaczył, gdzie są najlepsze lody, po czym szarmancko zaprowadził mnie do mojego pokoju. I to wszystko trwało jakieś 7 min, nie więcej. W międzyczasie jacyś goście hotelowi, pan i pani domagali się nachalnie od  Davide, papieru, ale nie wsłuchiwałam się za bardzo, o co chodzi, bo nie był to mój problem, a poza tym, usilnie starałam się zapamiętać, który klucz, do drzwi, który do pokoju, a który do bramy.  Katem oka dostrzegłam tylko, ze pan dostał, a pani nie i poszłam za Davide, który właśnie znikał, z moja torbą, w jakiś drzwiach. To były drzwi do mojego pokoju. Uzyskałam jeszcze tylko informacje, ze hotel jest zamykany o 22:00, ale mam klucze wiec mogę wracać kiedy chcę i zostałam sama. Odetchnęłam. Szybciutko zrzuciłam to, co przesiąkło zapachem podróży, niepewności, różnicą temperatur i wzięłam prysznic. Zawinięta w olbrzymi ręcznik kąpielowy szybko się rozpakowałam i zrobiłam kawę. Piłam ją z rozkoszą. Była wspaniała. Espresso Nesscafe. Teraz mogłam ruszyć na zwiedzanie. Wróciły mi siły i wigor. Spakowałam do torebki pieniądze( określoną kwotę, żeby nie szaleć), mapę od Davido, aparat fotograficzny, ubrałam się i wyszłam. Była godzina 11:35

Rzym.

firletka22

Sobota,02.04.2011, godz.11:50

Jak przystało na wielką podróżniczkę spakowałam torbę, w godzinę i już o 11:50 zamknęłam za sobą drzwi domu.  Maszerowałam do metra ciesząc się, że wszystkie środki czystości zostały za nimi, a ja, wolna i beztroska, ruszam w świat.

Niedziela,03.04.2011r. Dzień pierwszy.

Metrem dojechałam do Dworca Centralnego i  z stamtąd podążyłam na Dworzec Autobusowy, by……… pocałować klamkę. Dworzec zamknięty do 3:30. I co teraz? Nie miałam zamiaru wracać. O, nie! Za żadne skarby. Nie było mi zimno, tylko nowe buty lekko dawały znać o sobie, więc przeszłam na drugą stronę ulicy i weszłam na niewielka stację metra. Pan w okienku spytał mnie dokąd chcę jechać, odpowiedziałam, że ja tyko usiąść sobie życzę i zostałam wpuszczona. Tak przesiedziałam do godz. 2:00 obserwując zachowanie podróżnych. Całkiem interesujące rzeczy się działy. Ale to inny temat. Takich jak ja, oczekujących na otwarcie Dworca Autobusowego, było więcej. O godzinie 2:00, zamknięto i ten dworzec, więc spytałam się policjantów, gdzie takie podróżujące istoty, jak ja, mają czekać na otwarcie Dworca, ale w odpowiedzi  uzyskałam tylko wzruszenie ramion. Jeden z tubylców podpowiedział mi, ze otwarty jest Mc Donald. Poszłam. O, rany. Tam to dopiero się działo. Sama młodzież, wracająca, bądź udająca się gdzieś… ruch, jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Ale można było usiąść. Napić się kawy i poobserwować. Czas minął mi niesamowicie szybko i o 3:15 udałam się na Dworzec Autobusowy. Już z daleka widziałam grupkę czekających podróżnych. Drzwi zostały otwarte, jakieś pięć minut, po moim dojściu i mogłam spokojnie udać się do wejścia 2, skąd o 3:45 odchodził pierwszy autobus na lotnisko Arlanda. Siedząc w jasnej i ciepłej poczekalni cieszyłam się z wyjazdy, ale tak jakoś tępo i bezmyślnie. Podjechała autobus. Wsiadłam jako jedna z pierwszych pasażerek i spokojnie zajęłam miejsce przy oknie. Autobus szybko zapełnił się i ruszył. Patrzyłam na mijane ulice. Nie były mi obce, wiele razy nimi chodziłam zwiedzając Sztokholm. Jeszcze na San’t Eriksplan, byłam spokojna, ale jak zobaczyłam Hagaparken spanikowałam i zerwawszy się z miejsca spytałam głośno:- czy ten autobus, na pewno, jedzie w kierunku lotniska Arlanda ( pamiętałam te trasę, jechałam nią na lotnisko Skavsta)? Zaskoczeni podróżni,  patrząc na mnie z obrzydzeniem( jak można, tak się zachowywać, przecież nie wpuszczono by do autobusu z niewłaściwym biletem) przytaknęli, że tak, na lotnisko Arlanda. Jeszcze nie byłam przekonana, dopiero widok tablicy, na której, napis i strzałka, wyraźnie wskazywał, dokąd jedzie autobus, uspokoił mnie ostatecznie. Zupełna szwedka, przemknęło mi przez myśl, wierzy jedynie i bez zastrzeżeń, w słowo pisane. Dotarłam na lotnisko i wysiadłam przy terminalu 3. Tutaj wszystko przebiegało szybko i sprawnie. Zostałam skierowana do odprawy, ponieważ miałam bagaż do nadania. I pozbywszy się obciążenia, z biletem w ręku pomaszerowałam do odpowiedniego przejścia. Po kontroli celnej poszłam na zakupy. Więcej było oglądania niż kupowania. A czas nie stał w miejscu.  W pewnym momencie zorientowałam się, że tych do Rzymu już wpuszczają na pokład samolotu, więc przeszłam i ja do przejścia. Nie spieszyłam się, bo miałam oznakowane miejsce 2A, przy oknie. Czekało na mnie. Wygodne i szerokie. Spokojnie mogłam wyciągnąć nogi. Przede mną 3 godziny lotu. Co ja będę robiła? Ruszyliśmy. Jechałam jak w autobusie, kołując na odpowiedni pas. Po chwili samolot przyspieszył, poderwał się i już byliśmy w powietrzu. Podziwiałam wschodzące słońce, oświetlające zaspaną ziemię, która oddalała się coraz szybciej, pokazując cudowny krajobraz zminiaturyzowanych pól, ulic, zabudowań i maleńkich, poruszających się po drogach, samochodów.

Nie był to mój pierwszy lot, ale za każdym razem z podziwem myślałam o potędze ludzkiej wyobraźni, która potrafiła dokonać takiego dzieła. Kapitan witał i informował, telewizor, pokazywał jak się należy zachowywać w razie…. a ja  oglądałam to co pode mną i piłam kawę. Nawet mi się nie chciało spać. Studiowałam mapę, plan zwiedzania i ani się obejrzałam, kapitan informował o pogodzie w Rzymie, o czasie lądowania, życzył miłego pobytu….. poczułam lekkie szarpnięcie… byłam w Rzymie. 

© Zabawa słowem
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci