Menu

Zabawa słowem

Moja twórczość

Z życia wzięte.

Początek.

firletka22

Czwartek, 10.08.2017 r.

Kupiłam mieszkanie. Podpisanie aktu notarialnego było preludium przed tym co czeka na mnie. Na początku była obojętność. Nie myślałam, nie czułam, nie wierzyłam. Wiedziałam, że mam. Zupełnie nie przyszło mi do głowy w co się wpakowałam. Z tamtym poprzednim, związana wspomnieniami, które tkwiły we mnie, oplatały siecią lepkich niteczek, obrazów, westchnień, zawstydzeń i cierni, nie czułam ochoty być. Z tym nowym nic mnie nie wiązało. Jedyna myśl jaka tłukła się w głowie, to: remont. Chciałam wejść, otworzyć drzwi i znaleźć się w zaczarowanym świecie wolnym od obecności kogokolwiek.  W świecie, w którym sama dysponuję swoim czasem i tym co zamierzam, lub nie zamierzam robić. Wchodzimy więc do świata moich marzeń. Ja i byli właściciele. Gorąco. Meble jeszcze nie usunięte i po pośpiechu jaki towarzyszy opuszczającym lokum przewija się myśl, że one już tu zostaną. Cierpnie mi skóra, bo przypominają mi te, jakie stały w mieszkaniu, które opuściłam. Nie zdążyłam otrząsnąć się z szoku, kiedy przyjechali Moi. Obejrzane, wymierzone, zamknięte na klucz, zastygłe w samotności oczekiwania. Wrócę.

Piątek, 11.08.2017 r.

Załatwienie dokumentów, to walka o każdy papierek. Wmawia się ludziom, że nieznajomość prawa szkodzi. Mówi się, że wszelkie informacje znajdują się w internecie. W konfrontacji z Urzędem obywatel jest człowiekiem z krasnoludkiem, spełniającym życzenia, dla swojego dobra. I ja musiałam zmierzyć się z molochem machiny urzędniczej, co zaowocowało zebraniem odpowiedniej, niekończącej się ilości dokumentów.

Najpierw wizyta w Urzędzie miasta, gdzie musiałam się zameldować w nowym lokum. Poszło nadzwyczaj łatwo, Wypełniłam wniosek, otrzymałam potwierdzenie i gotowe. 

Spółdzielnia mieszkaniowa. O tutaj czas został za drzwiami. Mnie dopadły wnioski.

Pierwszy dotyczył przypisania mnie do nowego lokalu. Pani obsługująca mnie, co prawda miła, choć nie do końca przytomna ( wszak było dopiero dwadzieścia minut po godzinie ósmej), zamierzała przedłożyć mi odpowiedni wniosek, ale stwierdziwszy, że takowy jest nieodpowiednio zadrukowany, zostawiła mnie na chwilę, trwającą dobre dziesięć minut, by poszukać odpowiedniejszego. Przyniesiony odpowiedni wypełniłam i przesiadłam się biurko dalej do innej Pani, u której musiałam wypełnić kolejny, dotyczący zmiany ilości osób odpowiedzialnych za gromadzenie śmieci w blokowym śmietniku. Następny dokument to wniosek o możliwość korzystania z internetowego wglądu do swoich spółdzielczych zasobów. Następny to wniosek o podstawienie kontenera na czas remontu. Szczęśliwa i zadowolona, z wnioskiem w łapce udałam się na sam koniec miasta, do miejsca zarządzania miejskimi odpadami komunalnymi. W połowie drogi mnie zastopowało. Przecież istnieje coś takiego jak fax i telefon. Czy nie można było przesłać dokumentu i telefonicznie uzgodnić terminy. Z tego wszystkiego nie przeczytałam uważnie dokumentu, ściskając go jak klucz do remontu, pognałam pod wskazany adres. Okazało się, że miejsce moich poszukiwań owiane jest jakąś dziką tajemnicą. Żadnego drogowskazu. Żadnej informacji. Jedynie nazwa Urzędu, ulicy i jej numer. Konia z rzędem temu, kto na tej ulicy znajdzie numer. Popytałam i ludzie wiedzieli. Poszłam pod wskazane miejsce i .... cicho pusto. Obeszła teren. Trafiłam na jakieś bardziej nowoczesne i zadbane obejście, które okazało się pracownią dyrektora i jego sekretarki. I tu uzyskałam informacje, że to nie tu, ale tam, gdzie już byłam, ale przywitała mnie głucha cisza. Wróciłam. Trafiłam do odpowiednich drzwi. Pani przyjęła wniosek, lekko zdziwiona moimi uwagami. Wyjaśniła mi, że w jednym kontenerze mogą być odpady tylko jednego rodzaju, a żeby zamówić drugi, muszę mieć drugi wniosek. Coś mnie szarpnęło.Do centrum przyjechałam stopem, bo autobusy, kursują jakoś tak dla kursów, a nie dla ludzi. Dostałam drugi wniosek i już taksówką pojechałam go przedłożyć zdziwionej panience. Otrzymałam informacje, że dwa kontenery na jeden remont się nie praktykuje, więc jak się wypełni jeden i go zabiorą, to on wróci i wtedy będzie można załadować innym rodzajem odpadów remontowych. Paranoja. Ręce mi opadły do samej ziemi. Ale nic to.

Trzecia wizyta w spółdzielni, tego samego dnia dotyczyła mojej prośby o odłączenie, zbytecznego, w maleńkiej ( 6m2) kuchni, a raczej aneksu, trzy żeberkowego kaloryfera. Pani kategorycznie odmówiła mi wykonania tej usługi. Na moje pytanie: dlaczego?, stwierdziła, że w bloku wielorodzinnym, nie robi się takich rzeczy. Na moje stwierdzenie, że kaloryfer będzie zakręcony, Pani stwierdziła: ale musi być!. Koniec dyskusji. Aby przeprowadzić remont i nadać mojemu wymarzonemu gniazdku odpowiedni wygląd napisałam dwa wnioski. jeden dotyczył usunięcia jednej ściany i zmiany drzwi. Zarówno tych wyjściowych jak i wewnętrznych. Ciekawe z czym się jeszcze będę musiała zmierzyć podczas remontu.

Starość.

firletka22

Kiedy jest się tak naprawdę starym? To słowo " stary " budzi we mnie sprzeciw. Mam tyle lat ile mam i czuję się tak jak się czuję, to znaczy:

- spowalniam

- odczuwam częściej niż dotąd, że mam narządy wewnętrzne, a najczęściej, że mam kości. I to w zasadzie wszędzie.

- często zapadam w dziwną przypadłość, to jest w bezmyślność leżącą, z którą jest mi niesamowicie dobrze. Przeplatana jest owa bezmyślność, aktywnością ruchową, krótką, ale bardzo intensywną.

- oglądam młodość z głębokim przekonaniem, że mam to już za sobą i dumna wewnętrznie, przypominam sobie błędy szaleństwa młodości, uśmiechając się do tych wspomnień. Niektórych się wstydzę, niektóre chciałabym naprawić, zdając sobie sprawę, że ich już się nie da naprawić. I z zupełnym spokojem przyjmuję ten fakt. Zapisałam swoje życie takimi a nie innymi faktami stwarzając siebie, taką a nie inną i taka jestem.

- miewam przeczucia. Nie jestem pewna, czy to ja je przyciągam, czy to one specjalnie na mnie czatują, ale czasami pomyślę o czymś i to po pewnym czasie zostaje spełnione. Przykład: spodobały mi się jakiś czas temu perły. Kupiłam sobie perełkowe, srebrne kolczyki. Maleńkie sztyfciki zakończone perełką. Polubiłyśmy się od pierwszego założenia.  Zaczęłam się rozglądać za zawieszką w kształcie perełki na łańcuszku. Ale ceny powalały, przynajmniej dla mnie, teraz, była to ozdoba nie do kupienia. Zrezygnowałam z zakupu, ale nie z oglądania wymarzonego cacuszka. No i co? Wczoraj dostałam przedmiot swych marzeń, od osoby, o której nawet mi przez myśl nie przeszło, że może mi coś takiego zafundować.

- mam niezły bagaż doświadczeń, dzięki temu unikam ( chociaż nie mówię, że nie popełniam) błędów.

- mogę pozwolić sobie na wiele, bo osoby w moim wieku i wyglądem, budzą litość. Młodzi myślą o ludziach starszych od nich o 10 lat, że stoją nad grobem i z litości, pozwalają korzystać takowym z różnych przywilejów. 

- nie muszę już poświęcać się dla innych, chociaż muszę stwierdzić, że oczekuję poświęcenia od innych. 

- powoli, ale z sugestywnym przekonaniem, staram się wytłumaczyć sobie, odbiegające od normy wyniki lekarskie, że na coś trzeba umrzeć.

- coraz częściej zauważam fakt zbędności przywiązywania się do rzeczy. Wszak one zostaną, ja zaś nie.

- w ciszy i ze spokojem obserwuję ludzi. Bez podtekstów, lubię patrzeć na czułe gesty, szaleństwa ubiorów, niecodzienne fryzury, radość z bycia razem.... człowiek jest jednak zwierzęciem stadnym, ale jak słoń woli umierać w samotności.

- wzrosło moje zainteresowanie przemijaniem. Zima sprawia, że oczekuję z niecierpliwością nadejścia pełnej wiosny, latem spowalniam niecierpliwość, ciesząc się każdym nowym dniem. I nie jest ważne, czy dzień jest pochmurny, czy słoneczny. Ważne jest, że jest. Jesień, najchętniej zatrzymałabym na zawsze. Kocham tajemnicę ukrytą w szeleście liści, zmianie kolorów, zapachu kwiatów i świec na cmentarzu. Dla mnie cmentarz jest najpiękniejszy jesienią.A potem pierwsze płatki śniegu, ciemność za wczesna i zimno zbyt dotkliwe. Może to właśnie jest umieraniem? Będę miała okazję się przekonać.

- jaką świetną wymówką jest skleroza. I wcale nie trzeba się tłumaczyć, że o czymś sie zapomniało. Wystarczy być w wieku w jakim jestem i to już usprawiedliwia. Chociaż jak się ćwiczy pamięć, to służy ona bardzo długo. Cudowną rzeczą jest dostęp do internetu. Niektórzy twierdzą, że przestaje się zachowywać anonimowość. Dawniej nie było internetu, a i tak wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli. Bo człowiek nie chce być anonimowy. Człowiek chce być indywidualny. 

- nigdy nie ulegałam modzie. Nigdy nie byłam ubrana zgodnie z jej kanonami. Ale zawsze podziwiałam sposób noszenia ubrań. Są takie, które pasują od pierwszego spojrzenia. Ale są i takie, które mimo, piękna, samego w sobie, nie tworzą harmonii na mnie. Miałam kilka takich ubrań. Są gdzieś, bo ich piękno, nie pozwala na rozstanie się z nimi, ale chyba czas skończyć z taką miłością. Rozstania, nawet z rzeczami, bywają bolesne, ale czasami konieczne.

- uwielbiam programy rozrywkowe (Neonówka jest dla mnie kabaretem, który powinno serwować się na śniadanie, każdemu, każdego dnia) i filmy kryminalne ( wiem, że przestępca zostanie złapany, a to jest taka nagroda, że zmazuje traumę po obejrzeniu popełnionej zbrodni).

- lubię wygodę, chociaż łatwo mogę z niej zrezygnować, wiedząc, ze niedługo nastąpi poprawa. czekam, albo dokonuję poprawy sama.

- zatapiam się w słowach, nie tylko w treści przeczytanych książek, artykułów, esejów.

- rozumiem, że wyrażenia uznawane za niecenzuralne, pomagają rozprawić z emocjami  i też je czasami stosuję.

- relacje z wnukami są o wiele bardziej ciekawsze, od relacji z własnymi dziećmi. Z tymi pierwszymi zgadzamy się bez reszty. na tych drugich staram się wpływać, co u wnuków jest bez szans.

Na tym oczywiście nie kończy się mój monolog wewnętrzny, dotyczący korzyści wypływających z bycia "starym". Kończy mi się czas przeznaczony na wpis. Czas zając się światem zewnętrznym. Idę na spacer z psami.



czwartek,01-12-2011

firletka22

Bardzo jestem zmęczona. Tak bardzo, że mi sie palcem nie chce ruszyć. Ale, mam co chciałam. A chciałam wyjechać do Londynu. Na pięć dni.... tylko. Na wiecej, nie mogę sobie pozwolić, ani finansowo, ani czasowo. No, po prostu nie mam, aż tyle pieniędzy, żeby szaleć dłużej. No i po dłuższym powrocie, pewno bym od drzwi się wróciła, że to nie ten dom.... chociaż, może po psach bym poznała, albo one mnie po zapachu i już by nie odpuściły.  Nie, to, że nieprzyjemny, ale mój wlasny. Pies to takie stworzenie, które ma wspaniały węch. Moje mają. 

A wracając do zmęczenie. Mam nową pracę. Dom do sprzatania.  Na górze, trzy sypialnie, łazienka i hol zagospodarowany jako pokój gier i zabaw. Na parterze olbrzymia kuchnia, jadalnia w niczym jej nie odpuszczajaca, wymiarowo.  No i dzienny pokój, który jedna scianę ma zagospodarowaną oknami( całą). A za oknem widok, ze stać i gapić sie bez końca. Zrobię fotkę i wstawię. Teraz nie za bardzo mam czas, na cokolwiek, bo .....sprzatam. No i hol mniejszy niż ten na górze, ale też użytkowy i to bardzo, bo prowadzi do niego główne wejście z zewnatrz. I jeszcze toaleta. Tę część użytkują przeważnie wszyscy wspólnie i pies Cookie ( ma 2 lata, więc jak na psa, to jeszcze szczeniak). Schodząc w dół trafiamy na..... kota. Bo wszedzie jest jego sierść. To duży kot norweski. A raczej kotka. Na tym poziomie są dwa pokoje. Jeden użytkują gospodarze do pracy ( rodzaj biura), drugi użytkuje syn gospodarzy ( szafa, łóżko i perkusja- ogromna). Na tym poziomie jest jeszcze  pralnia, olbrzymi hol, gdzie porozstawiane są urzadzenia wyciskajace ostatnie poty z użytkowników, pozostawiajac im mięśnie i spadek wagi ( czasami).

No i oczywiście łazienka. Ale jaka... z ubikacją, prysznicem sauną i olbrzymim "basenem" . Co prawda gospodyni mówiła, że tego wśrodku się nie myje, bo to.... nie dosłyszłam, bo mnie normalnie zatkało z wrażenia. A kiedy juz odblokowało... Pani była już w innym wątku. 

Mam tam prace na pięć godzin, a sprzatałam ( pierwszy raz ) 10 godzin. Całe dwa dni. Styrana jestem ogromnie. Mam nadzieje, że teraz juz bedzie z górki. Pierwsze prace, tak maja, że albo się nie zdąży wszystkiego zrobić, albo sie robi akurat  nie to, na czym gospodarzom zależy. Moim zależy żeby było czysto. Ha, Ha, ha..... Chyba tylko w tym dniu w krórym posprzatam. Dorastajaca panienka, siedemnastoletni chłopak, maleństwo, które brudzi wszystko czekoladą ( ma chyba z 5 lat, a może mniej). Widziałam toto w przelocie i nie za bardzo sie przygladałam. Pies, kot i gospodarze. Wczoraj, jak od nich wróciłam, moje skarpetki nadawały sie tylko do wyrzucenia. Dzisiaj mogłam w nich pochodzic spokojnie do końca dnia.

A tak na marginesie. Dziwna sie stałam. Wszystko musze mieć na swoim miejscu. Kiedyś tak nie było... ale bez przesady....

Dla relaksu wzięłam sie za kartki świąteczne.... nawet mi fajnie wychodzą.

sobota, 06.08.2011

firletka22

Niby dzień jak każdy inny, ale mnie naszło podsumowanie tygodnia. I ktoś, kto miałby więcej pesymizmu, powiedziałby, że był to pechowy tydzień, bo:

- we wtorek zgubiłam smyczkę psa.

Dzień zaczął się cudownie. Niebo w błękitach i bieli zapraszało do działań tak intensywnie, że wstalam z radościa, zabierajac się bez pośpiechu, ale systematycznie, do działań. Pozwoliłam psom spokojnie załatwić wszystkie potrzeby fizjologiczne, dałam im jeść, pić, zjadłam śniadanie i zpakowawszy grzebień do zbierania jagód, wyruszyłam do pracy. Poszło mi sprawnie i szybko. Nikogo w domu, więc systematycznie i spokojnie uporałam sie z wszystkim co miałam do zrobienia. Skończywszy, wsiadłam na rower i pojechałam wyprowadzić psa na spacer. Zazwyczaj spacerowałam z nim po ulicach Appelvilken, ale w lesie pojawiły sie jagody.  Rozmawiałam z N. o tym, któregoś dnia przy kolacji, a oni pojechali i kupili urzadzenia do zbierania jagód(2- jeden dla mnie, drugi dla siebie) i z radością mi je przekazali. Pierwszy zbiór, niezbyt duży, bo trwajacy tylko godzinę ( tyle spacerowałam z psem po lesie,w poniedziałek, choć miałam tylko 30 min) zakończył się zebraniem 0,5 litrem jagód. Niewiele, ale ja po raz pierwszy miała takie cudo w ręce i nie za bardzo umiałam sie nim posługiwać. We wtorek szło mi znacznie lepiej. Zaopatrzona w reklamówkę, w której to niosłam wspomniane urzadzenie, plastykowy pojemnik na jagody i inne potrzebne akcesoria, podążyłam do lasu. Tak byłam zafascynowana zbieraniem, że nie za bardzo zwracałam uwagę na to co robię. A robiłam mniej wiecej tak: odkładałam wszysto co miałam w ręce( a miałam w niej reklamówkę i smyczke psa), chwytałam jagodową krzewinkę i posuwistym ruchem starałam się zebrać owoce. Zebrałam dość sporo, bo około 0,75 litra. Zadowolona, nawet nie musiałam oglądać się za bardzo za psem, bo ten zaniepokojony, ale szczęśliwy, tak długim pobytem w lesie, raczej mnie pilnował, bardziej niż ja jego, postanowiłam wracać. Przeszłam do skraju lasu i tu mnie zastopowało. W ręce trzymalam tylko reklamówkę. A gdzie psia smyczka?. W którym miejscu, ją zostawiłam pozostaje tajemnica do dzisiejszego dnia. Latałam wszędzie, bo jagód w tym roku jest niewiele, więc trafienie w miejsce, w którym zostawiłam psie akcesorium, pozostało zagadką, mimo, że przeleciałam się kilka razy w te najbardziej prawdopodobne miejsca. Wracałam  z jagodami, ale tym razem bez wcześniejszego entuzjazmu. Pies był szczęśliwy, ja mniej. Dobrze chociaż że nikogo nie spotkałam po drodze, bo tutaj, psy muszą chodzić na smyczy. Koty łażą, gdzie chcą, psy nie. Dobrze, że w domu była zapasowa. Nie miałam więc problemów z prowadzeniem psa następnego dnia.

-środa:   oczywiście też do lasu. I znowu na jagody. Tym razem wszystko, co trzymałam w ręce, wrzuciłam do reklamówki i jak zahipnotyzowana, rzuciłam się na zbieractow pierwotne. Pies jak zwykle kręcił sie koło mnie, wiec zadowolona przestałam zwracać na niego uwagę. Po jakiś dziesieciu minutach zastanowiła mnie cisza. Zabrakło mi posapywania szczęśliwego czworonoga, który w zamian za zjawienie sie na moje wołanie, dostawał psie ciasteczko.

- No ładnie- pomyślałam. Wczoraj smycz, dzisiaj pies. A zapasowego w domu nie ma.

Zostawiłam nieszczęsne jagody i zaczęłam szukać psa. Znalazłam go na jakimś podwórku, całego w skowronkach, bo miał towarzysza i nie w głowie mu byłam ja i mój niepokój. Zabrałam, teraz już podwójnie szczęsliwego ( a może i potrójnie)ze sobą, założyłam smycz i zostawiając niedobitki jagód w ich naturalnym środowisku, wróciłam do domu. Te marne kilka jagódek, które niosłam w olbrzymim pudełku, smętnie postukiwało, pewno tęskniąc za lasem. Nic ,to. I one nie unikną swego przeznaczenia. Nie uniknęły. Zostały zjedzone.

- czwartek: nie dość, że mam dodatkowe zajecie ( sprzatanie po R.), to jeszcze zabiera On wszystko, co zostanie z kolacji, na swój lancz. ja rozumiem, że chłopak młody, musi jeść, ale tego jest naprawdę dużo. I On to wszystko trzyma nie wiem, gdzie, bo opakowania przynosi dopiero po dwóch dniach. I na dodatek sie nie myje, albo nie wyciera, bo nie widziałam, żeby miał jakiś ręcznik. A,  może myje sie w pracy tylko?  Nie widzialam żadnych znamion korzystania z prysznica, a dzielę z nim łazienkę, wiec trudno mi nie zauważyć. 

-piątek: przyjechali rodzice FN. Sympatyczni. I pojawiła się V. Przy kolacji L. pokazała mi jej rysunki- szkice. Śliczne, zawsze uważałam, że ma dziewczyna talent plastyczny i jest bardzo kreatywna. Wszystko było w porządku, do momentu, kiedy natrafiłam na szkic dziewczyny, której podejrzanie łopatka wyrosła nie w tym miejscy gdzie powinna.

- Nie za bardzo wiem, co to jest - powiedziałam.

- Tak było na zdjeciu. - otrzymałam odpowiedź

- Ale sądzę, że trzeba by to było poprawić, żeby ludzie wiedzieli co to jest.

W tym czasie L. wstała i zaczęła mi pokazywać, jakie to ujęcie. Nie przekonywała.

- Rysując, powinno się być zrozumiałym dla innych... - próbowałam dodac

- Ja nie rysuje dla nikogo, tylko dla siebie. - V. była stanowcza.

- No, cóz, ale inni oglądają i myślę, że powinni wiedzieć na co patrzą...- próbowałam jeszcze, ale V. stanowczym gestem zamknęła szkicownik i poszła do swego pokoju. Po krótkiej chwili L. wyszła za nią. W tym czasie, sprzatnęłam ze stołu i spokojnie zmywałam. Weszła L., nalała do szklanki wodę.

- Płacze. - rzuciła krótko

Poczułam sie nieswojo.

- Jest bardzo wrażliwa na krytykę. - dodała gwałtownie L. - Nawet byłam z nią u psychologa i on to potwierdziła. - dodała. - Mówiłam ci o tym.

Spojrzałam zaskoczona. Nie przypominałam sobie takiego faktu, a mój osobisty alarm zawył na czerwono, z taka siłą, że szepnęłam tylko:

- Ja wcale nie próbowałam, krytykować, ja tylko starałam sie powiedzieć, co widzę i co mnie niepokoi....Nie pozwoliła mi dokończyć.

- Ja wiem, ja to rozumiem, ale lepiej tego nie mówić. Zamurowało mnie i jedyne co w tej chwili przyszło mi do głowy, to :

- Przepraszam.... a w duchu dodałam: już wiecej nie będę.

Bo i pewno, już mi V. nie pokaże żadnego rysunku. Do deseru czułam się źle. Lubię V. Cenię jej plastyczny talent. Zawsze podobało mi sie to, co narysowała, bo naprawdę było świetne, ale..... no cóż, bywa i tak.

- sobota: jak dobrze, że tydzień sie kończy. V. pojechała do swego chłopaka; L. z R. na zakupy, a ja po  6 godz. pracy siedzę i piszę. Kiedyś przeczytam, to z wielka przyjemnością. Czy w dalszym ciągu będę czuła ten sam dyskomfort psychiczny. Oby nie... 




firletka22

Wtorek,26 lipca 2011 r.

No, to zaczynam:

1.Nie myję okien, ponieważ...kocham ptaki i nie chcę, żeby jakiś uderzył w czystą szybę i zrobił sobie krzywdę.
 2.Nie pastuję podłóg, ponieważ...boję się, że któryś z gości się pośliźnie i coś sobie złamie, a ja będę mieć wyrzuty sumienia. Do tego jeszcze mógłby mnie zaskarżyć.
3.Koty z kurzu są całkiem w porządku, ponieważ....dotrzymują mi towarzystwa. Ponadawałem im imiona, a one zgadzają się ze wszystkim, co mówię.
4.Pajęczyny zostawiam w spokoju, ponieważ...wierzę, że każde stworzonko powinno mieć swój dom.
5.Porządki wiosenne odpuszczam, ponieważ...lubię wszystkie pory roku jednakowo i nie chcę, żeby reszta była zazdrosna.
6.Nie wyrywam chwastów w ogrodzie, ponieważ...nie będę się przecież wtrącać w boskie sprawy. Bóg to  projektant  doskonały.
 7.Nie chowam porozkładanych rzeczy, ponieważ...nikt ich potem nigdy w życiu nie znajdzie.
8.Kiedy robię imprezę, nie szykuję niczego wykwintnego, ponieważ...nie chcę, żeby się goście stresowali, co mają mi podać,  kiedy idę do nich z wizytą.
9.Nie prasuję, ponieważ...wierzę etykietkom, na których napisano "nie wymaga prasowania"

10.Niczym zupełnie się nie przejmuję, ponieważ...nerwusy umierają młodo, a ja mam zamiar jeszcze się tu pokręcić i zostać pomarszczonym, zrzędliwym starym prykiem!! ??

Ściągnęłam to  skądś, z internetu. Sama nie wiem , gdzie to znalazłam. Autora przepraszam za przywłaszczenie, ale spodobało mi sie ogromnie, bo ja właśnie odwrotnie...... za dużo sprzatam. Nie, żebym tak, sama z siebie. To moje zajęcie na teraz. I właśnie w tym wątku chciałam opisać, to teraz. Początkowo myślałam o nowym blogu, ale za mało mam czasu. Więc zostanie jeden z atrakcjami. Nie wszyscy lubia "wypocinki " literackie. Są tacy, którzy wolą z życia wzięte. I w tej części bedzie z życia wzięte. Z mojego życia w Szwecji.

A jest o czym pisać. Na każdym kroku widzę różnice. I podobaja mi się tutaj, niektóre podejścia do rzeczywistości.

Po pierwsze: brak pośpiechu.

Po drugie: planowanie

Po trzecie: wolność

To tyle na teraz. Jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy, to nie omieszkam tego uwiecznić.



© Zabawa słowem
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci